sobota, 14 maja 2016

Sezon III Rozdział XVIII Alegoria

W zamku nie ucieszyli się za bardzo na wieść, że złączyłam swoją moc z Gwynnehartem. Przez pierwszy tydzień próbowali mi go nawet zabrać, ale każdy śmiałek, który chociaż tknął miecz z zamiarem zerwania mojej więzi z ostrzem, cóż, płonął. Za pierwszym razem, a stało się to tuż po treningu, przybył do Sali cały oddział i zaprowadził Aidena i mnie przez oblicze Króla.
Arkhan, jak nie trudno się spodziewać, był wściekły, mało powiedziane. Stwierdził, że mógłby to podpisać pod zbrodnię lub zdradę. Dzięki siłom przyrody wybrała się do niego akurat Phoenyx, tuż przed nami, która stwierdziła, że oskarżanie nauczyciela walki bronią, o nauczanie walki bronią jest śmieszne. W jej ustach faktycznie to tak brzmiało. Król więc trochę się uspokoił, ale nie na tyle, by mi odpuścić.
- Zabierz jej to Garrel – powiedział stanowczym tonem.
Już wtedy poczułam, że coś było nie tak, Gwynnehart przy moim boku potraktował mnie iskierkami, jakby mówił, że na to nie pozwoli. Może i powinnam wtedy zareagować, powiedzieć, że to bardzo kiepski pomysł. Ale taka zniewaga Króla mogła się skończyć ścięciem głowy. Stałam więc w ciszy, nie opierając się i ufając ostrzu.
Garrel niczemu nie był winien, miał po prostu zły dzień i jeszcze większego pecha, że stał najbliżej tronu. Z nienawiścią, zapewne do mojego gatunku, wymalowaną na twarzy sięgnął po rękojeść. I to był jego największy błąd.
Smoki całe się zatrzęsły, jakby dotyk kogoś innego był dla nich obrazą. Znów przeszły mnie iskierki, mocniejsze, to był znak, że nie pozwolą się zabrać. Widziałam jak kryształ poruszał się, niczym prawdziwe mięśnie, jak światło w nim zawarte jeszcze bardziej oddawało efekt napięcia. Bestie spojrzały na niego spod czerwony ślepi, w których dziko zaiskrzył ogień a następnie, nim ten zdążył zareagować, rzuciły się niczym wąż, wykorzystując swoje mięśnie niczym sprężynę. Z kłów, które zagłębiły w skórze Garrela pociekł ogień. Oczy gadów natomiast broczyły czarną, gęstą mazią, która związała dłoń żołnierza i zatrzymała ją przy głowach.
Stałam jak wmurowana, nie rozumiejąc co się działo.
- Zrób coś! – To był głos Aidena, dopiero on wyrwał mnie z osłupienia.
Chwyciłam Gwynnehart, poczułam jak ostrze, już bardzo szybko, nie jak za pierwszym razem, wysuwa się w pochwie. Smoki złagodniały, zamruczały i wróciły na swoje miejsce, układając mięśnie tak, by było mi wygodnie.
- Miecz wybrał – powiedziałam, udając pewność.
I chyba każdy oprócz Aidena uwierzył. Tylko on jeden wiedział, jak byłam przerażona całym zajściem. Skrzywdziłam tamtego człowieka. Mógł mnie nienawidzić, praktycznie wszyscy nienawidzą Wyklętych, ale nie powinnam mu odbierać życia.
Gwynnehart jakby słyszał moje myśli, bo Smoki tak poruszyły się, jakby chciały pogłaskać wnętrze mojej dłoni. Nie puściłam miecza od momentu wyjścia z sali. Gdy się zorientowałam, wypuściłam rękojeść, a bestie wydały jakby przepraszający pomruk, gdy zastygały w swojej oryginalnej pozie.
Ale nawet jeżeli żałowały, spaliły od wewnątrz każdego kolejnego, kto tylko śmiał zabrać miecz ode mnie.
Za którymś razem, gdy znów wezwano mnie do sali tronowej, zobaczyłam mężczyznę odzianego tak grubo i starannie, że nic nie byłoby w stanie przebić warstwy ubrań, trzech skórzanych rękawic i zbroi. Mimo to miałam wrażenie, że rycerz znajdujący się pod spodem trzęsie się jak osika. On sam nie chciał wierzyć, że to się uda. Przecież, nawet jeżeli jego poprzednicy byli w zbrojach, Smoki jakoś znajdowały sposób by się do nich dobrać.
Król najwyraźniej nie cierpiał na braki w wojsku, bo bez chwili wahania kazał Vincentowi, bo tak go nazwał, wykonać powierzone mu zadanie. A ja mogłam tylko stać w tym jednym, cholernym miejscu, popieląc wnętrza kolejnych ludzi. Przy czwartej ofierze moje poczucie winy zniknęło i zaczęła się jeszcze większa nienawiść do Arkhana, ale mimo to ciężko było nie mieć koszmarów, gdy prawie codziennie wąchało się ludzką spaleniznę.
Vincent, nie mając za dużo do gadania, podszedł do mnie i chwycił za miecz. Poczułam iskierki, jak zawsze. Ale tym razem były trochę inne, słabsze, jakby i mieczowi się to już znudziło. Smoki nie mogły znaleźć kawałka ciała na wyciągnięcie swoich, jakby nie patrzeć dość ograniczonych w ruchach, ciał. Szybko wpadły na inny pomysł, to aż dziwne jak zwykłe rzeźby potrafiły być mądre. Zaczęły zionąć ogniem, a smoła z ich oczu stworzyła bańkę wokół rycerza, by ogień dosięgał tylko jego. Za późno udało mi się wyrwać broń, która oplotła ogonami jego rękę. Dopiero gdy mężczyzna usmażył się pod swoim grubym odzieniem, mogłam wziąć do ręki Gwynneharta.
- Wystarczy! – wrzasnęła kobieta o znajomym głosie.
To była Less, albo raczej Lesseline, jak ktoś woli używać pełnego imienia. Wyrazu wściekłości na jej twarzy nie dało się pomylić z żadnym innym uczuciem. Miałam wrażenie, że jakby mogła, już dawno ciskałaby piorunami z oczu.
- Jesteś cholernym głupcem Arkhan! Przeklętym idiotą! – wykrzykiwała to wszystko, co każdy z nas chciał powiedzieć od dawna.
Król drgnął przez ułamek sekundy i pewnie dla każdego, kto nie trzymał mojego miecza, było to niezauważalne.
- Coś jeszcze, droga Lesseline?
Uśmiechnął się, jednak było w tym coś strasznego, groźba i obietnica jednocześnie.
- Tak! – Jak widać gardło nie łatwo jej było zedrzeć. – Moja rodzina robiła wszystko! Cholera wszystko! Żeby tylko utrzymać ten miecz z dala od Eleares! Ja też go broniłam! Wraz z moim rodzeństwem! Wiesz co się stało Arkhan i nie udawał durnia większego, niż jesteś! Zrobiłam wszystko by Gwynnehart był bezpieczny i by pewnego dnia znalazł właściciela! Więc teraz skoro już ma Caro, to jej z łaski swojej go nie zabieraj – mówiła przez zaciśnięte zęby, co chwila wybuchając i na nowo próbując się pozbierać. – Ten miecz był darem, ale mogę go szybko zabrać jeżeli będzie trzeba. Skoro tak bardzo chcesz to go zabierz.
Coś mną wstrząsnęło, Arkhan miał ogromną moc. Magia nie mogła go dosięgnąć, gdyby go zabrał, nie mogłabym nic zrobić.
Ręka mnie zaświerzbiła, by dobyć Gwynneharta, nim on to zrobi. Ale powstrzymałam się.
Jednak Król tylko siedział i wpatrywał się w Less. Już nie ukrywał złości. I tylko Less, księżniczka z odległej krainy, której nazwy mi nie zdradziła, nie bała się go. Patrzyła na niego z wyższością, wiedziała, że to ona ma przewagę. Całą swoją postawą wręcz śmiała się z Arkhana. A to jeszcze bardziej doprowadzało go do złości.
Mimo to nie ruszał się z miejsca.
- Jesteś jeszcze większym idiotą niż myślałam. – Uśmiechnęła się triumfalnie. – Dobrze wiesz, że nawet twoja moc ugnie się pod taką magią jak ta. Nie dasz rady więzi jaka połączyła Smoki Gwynneharta i Caroline. A mimo to będziesz posyłał ludzi na pewną śmierć. Albo ty to zrób, albo przestań wysyłać żołnierzy.
Wstał, blady jak ściana.
- Wyjdź.
Nie ruszyła się, patrzyła na niego triumfalnie.
- POWIEDZIAŁEM WYNOŚ SIĘ STĄD! WY WSZYSCY TEŻ!
Prychnęła, wzięła mnie za rękę i opuściła salę. Gdy drzwi zamknęły się za nami, tylko rzuciła:
- Nienawidzi jak ktoś się mu sprzeciwia, to jego słaby punkt.

*~*~*

Skoro już odkryłam jaki mam żywioł i jaką energię, byli mnie w stanie uczyć. Chociaż w sumie też nie do końca. Na zamku byli Zaklinacze Powietrza, Wody i Ziemi. Ale żeby ktoś tak ogniem władał? Niekoniecznie. Oczywiście musiało się okazać, że ten żywioł był niczym skrzydła, rzadki i bardzo niebezpieczny. Takich Zaklinaczy nie spotykało się często. Albo chociaż posiadających wiedzę na temat mojej magii.
Nyscil obiecała, że skontaktuje się z innymi królestwami, by znaleźć mi nauczyciela. To samo zapewniła Less, mówiąc że ma wtyki o wiele dalej, więc może coś wskóra. Miałam naprawdę wielką nadzieję, że im się uda, panowanie nad własną mocą było jednak czymś ważnym, nawet jeżeli się tego nie chciało.
Mimo wszystko jakoś ten tydzień trzeba było spędzić, a samą nauką posługiwania się bronią, czy teorii magii nie mogłam się uczyć. Na moje szczęście znalazło się kilka osób mających dostęp do bardzo starych zwoi traktujących o Zaklinaczach Ognia. Słów nikt nie mógł w stanie odczytać, były napisane powiem w pożodze, tak przynajmniej nazywali to uczeni – język pożogi. Potrafili odczytywać go tylko wtajemniczeni w sztuce ognia, którzy rozumieli szelest płomieni.
Ja, jak widać, jeszcze nie rozumiałam, bo te wszystkie litery wyglądały tak, jakby ktoś od niechcenia zaczął sobie wypalać dziury w kartce, a później na chybił trafił niektóre oznaczać węglem, a inne zostawiać. Nie było w tym logiki, ni sensu. Jak w pożarach. Powoli zaczynałam rozumieć pod jak wieloma względami pożoga pasowała do tęgo języka.
I chociaż liter nie dało się za nic w świecie zrozumieć, całe szczęście pozostawili po sobie kilka mniej i bardziej dokładnych rysunków, przedstawiających proste ruchy, które miały doprowadzić do tego, bym tkała ogień. Podstawowe pozycje i wyprowadzanie słabych ataków. Zrobienie ognistego bicza, strzelanie ognistymi pociskami wielkości pięści i kilka innych niezbyt oryginalnych ruchów.
Pierwszego dnia miałam problem, starałam się patrzeć na zwoje i powtarzać ruchy rysunków, ale kompletnie nie czułam tego. Z pomocą przyszli nauczyciele innych żywiołów. Nawet Shanie się pojawiła, by udzielić mi rady. Opowiadała o powietrzu, o tym, co trzeba czuć by je tkać. Mówiła, że powietrze jest wyjątkowe, nad innymi żywiołami da się przejąć władzę, ale nie nad nim. Ono wymagało gładkiej ręki, kogoś kto sam był wolny, bo tylko do duszy swobodnej i nie skrępowanej powietrze przystawało i współpracowało. Potrzeba było wyciszenia, pozbycia się wszystkich złych myśli, krępujących jasność umysłu. A wtedy wiatr po prostu był, gotowy na każde zawołanie.
By panować nad wodą i ziemią też trzeba było myśleć w odpowiedni sposób. I choć wszystkie te żywioły się różniły, łączyło je coś. Wizualizacja tego, co chciało się stworzyć. Bez wyobraźni, bez pokazania żywiołowi, co chciało się zrobić, on w życiu by tego nie wykonał. Po drugie jasność myślenia, musiałam być otwarta na żywioł, bo przecież ogień sam mi się do umysłu nie wepchnie. A ja moją niepewnością odpychałam go daleko.
Ze wszystkimi radami, dużą dawką teorii i wyobraźnią w pełni gotową do działania, przyszłam na drugi dzień do sali treningowej. Była inna od tej, w której zwykłam ćwiczyć. Mniejsza i miała o wiele mniej rzeczy, które mogłam podpalić. No i był w niej basen kilka metrów dalej.
Ustawiłam się w bezpiecznej odległości od nauczyciela, a raczej mężczyzny, który nawet mi się nie przedstawił i trząsł się na samą myśl, że miałabym przy zwojach tkać ogień. Pozwolił mi je zabrać ze sobą tylko wtedy, jeżeli on przy nich będzie. Uszanowałam jego wolę, choć chciałam mieć przy sobie kogoś takie jak Nyscil czy Less.
Bardzo się wtedy skupiłam, nie mogłam sobie pozwolić na pomyłkę. Oczyściłam umysł, pozostawiając siebie, obraz długiego, ognistego bicza i wielką chęć, by zrozumieć moją magię. Coś we mnie mówiło, że póki jej nie poznam, nie będę mogła całkowicie zrozumieć siebie. Zależało mi na tym bardzo i wiedziałam, nawet nie mam pomysłu skąd, że takie nastawienie jest odpowiednie do władania nad ogniem. Tylko silna wola mogła okiełznać coś tak żywego i dzikiego.
Schowałam prawą rękę delikatnie z siebie, jakbym próbowała po coś sięgnąć. Przypomniałam sobie, w jaki sposób miecz przewodził moją magię, jak pobudzał radosne iskierki w całym organizmie, jak w końcu wydał z siebie potężny ogień. Nałożyłam ten obraz, dwóch Smoków tworzących płomienie, na moje wyobrażenie groźnej broni jaką był bicz z płomieni.
Sama do końca nie rozumiałam tego, co robiłam, ale to naprawdę się działo. Skierowałam magię do ręki, czułam wrzące w niej iskierki, ból jaki wykonywały, gdy gromadziły się w palcach. Miałam wrażenie, jakby ktoś wypalał mi nerwy. Zaklinacze mówili, że tak jest z każdym żywiołem na początku i że przechodzi w ramach ćwiczeń, to jednak nie pocieszało. Aż syknęłam, gdy wreszcie przez moje żyły i nerwy przeszło tyle magii, bym mogła ją wypuścił. Wykonałam prosty ruch, wyrzucając rękę przed siebie, lekko zmieniając ustawienie ciała.
Zdziwiłam się tak bardzo, widząc w mojej dłoni bicz zrobiony ze związanych ze sobą płomieni, że aż straciłam kontrolę nad magią, a on zgasł.
Ale przez tydzień zdążyłam zapanować nad naprawdę wieloma rzeczami. Przede wszystkim nie dziwił mnie już ogień, który tworzyłam, a który nie robił mi krzywdy. Jednak tylko mój własny ogień nie mógł mnie poparzyć, inny działał na mnie tak, jak na każdego zwykłego człowieka.
Z coraz większym zapałem uczyłam się nowych technik, próbowałam też wiele własnych wymyślać. Nim się obejrzałam bez trudu dzierżyłam w dłoni bicz, potrafiłam strzelać z rąk ogniem, stworzyć strumień płomieni. I wiele, wiele innych ataków polegających na posyłaniu ognia w przeciwnika. Co prawda musiałam dużo pracować nad moją energią i umiejętnością utrzymania magii. Siły się kończyły, dla mnie bardzo szybko. A wykorzystanie w pełni mojej magii bolało bardziej, niż jej początkowe używanie. Przed i po treningu musiałam brać specjalne zestawy różnych naparów i tabletek, bym szybciej zwiększyła moje możliwości. To działało, z dnia na dzień byłam w stanie dłużej trenować i lepiej znosiłam to wszystko.
Nie wiem też co się stało z Shanie, może Nick i Neal z nią porozmawiali, albo sama zaczęła trochę nad tym myśleć, ale stała się jakaś milsza dla mnie. Chociaż to chyba nie odpowiednie słowo, powinnam powiedzieć – bardziej tolerancyjna. Zdawała się mniej pragnąć mojej śmierci i nawet chętnie przyglądała się moim poczynaniom, rzucając uwagi, a stopień ich zgryźliwości zależał od jej humoru.
Mimo charakteru jej wypowiedzi, treść była naprawdę cenna. Niby nie mówiła nic wielkie, wprowadzając do mojej techniki zaledwie szczegóły. Lecz to właśnie te szczegóły sprawiały, ze byłam szybsza, a ataki silniejsze. Nie ważne jakby mnie nie denerwowała, była bardzo dobrą nauczycielką i chcąc nie chcąc musiałam słuchać tego, co miała mi do powiedzenia. Ba, nawet dziękowałam za te rady.
- Nie wiem czy wiesz, ale nie musisz magii używać tylko jedną ręka. Możesz też kierować ogień lewą, możesz to robić poprzez nogi. Jak chcesz możesz nawet zionąć. Kiedy używasz więcej niż jednej kończyny wizualizacja jest trudna, ale jeżeli twoje ciało i energia znają te ruchy, wystarczy tylko je poczuć.
Nie sądziłam, że nogami także mogłam przewodzić ogień. Lewą ręką za to próbowałam i o efektach zdecydowałam się nie mówić nikomu. O ile moja prawa ręka wypuszczała zwyczajne, może tylko trochę za bardzo czerwone płomienie, lewa sprawiała, że stawały się niebieskie. Czułam, że to coś bardzo dziwnego i na razie miałam zamiar zachować dla siebie.
Kiedy stopy także stały się czymś, czym mogłam walczyć magią, wszystko się zmieniło. Nagle widziałam o wiele więcej możliwości ataku, sposobów jak wykorzystywać ogień i własne umiejętności. Zdecydowałam się także na ćwiczenia z gimnastyki i kontroli nad własnym ciałem, by później to wykorzystać. Przede mną była długa praca, ale efekty mogłam sobie wyobrazić.
Już teraz potrafiłam wyskoczyć i kopnąć przed siebie nogami, a ręce skierować w przeciwnym kierunku, wręcz kładąc się w powietrzu. W ten sposób strzelałam ogień w dwie strony. Używałam także skrzydeł. Wypuszczanie promienia z płomieni i kręcenie się w górze dawało nieziemski efekt. Widok z góry w połączeniu z ogniem i możliwością zamknięcia w pożodze przeciwników, coś pięknego.
A kiedy ja ćwiczyłam panowanie nad swoim żywiołem, Loganowi udało się odkryć swój. Był wodą, energią białą. To stąd te wręcz anielskie skrzydła. Woda była spokojna, lecznicza, ale i waleczna. Zupełnie jak anioły.
Gdzieś w duszy zazdrościłam mu jego umiejętności, tego, że będzie mógł leczyć a nie tylko niszczyć. Tego, że nie musiał znosić koszmarów, walki z własnym przeznaczeniem. Z drugiej jednak strony cieszyłam się. Ktoś tak dla mnie ważny jak on mógł żyć spokojnie. To ja zapieczętowałam swój los, nie on.
Z tą myślą kładłam się co noc spać.
To mój los miał być usłany trupami.
Oni nie musieli cierpieć.

*~*~*

Następnego dnia zajęcia miałam dopiero po południu. Nikt mnie też specjalnie nie pilnował. Każdy w końcu miał swoje do roboty, a i jakoś byli mi w stanie zaufać, przecież nikogo z własnej woli nie spaliłam, grzecznie uczyłam się jak Król kazał i ogólnie nie sprawiałam kłopotów, zyskując sobie aprobatę coraz większej ilości mieszkańców. A poza tym pracowałam na swoje utrzymanie, dzięki temu też zyskałam w ich oczach.
To właśnie ten napięty rytm dnia, praca, treningi, nauka, ale co za tym szło – poczucie wspólnoty, sprawiały, że naprawdę ciężko mi było zaakceptować moje własne plany. Lecz już nie było innego wyjścia. We śnie przypieczętowałam swój los, teraz musiałam ponieść konsekwencje.
Musiałam odejść, jak najdalej od wszystkich, których kochałam. Spakowałam plecak, podkradłam kilka zwoi, zostawiając w ramach przeprosin krótki list i opis jak powinno się wykonywać kilka prostych ataków, jak i tych wymyślonych przeze mnie.
A na sam koniec poszłam do boksu Underruna. Była to jedyna istota w pałacu, z którą mogłam pożegnać się osobiście. Nie chciałam go zostawiać i serce mi pękało na samą myśl kolejnej rozłąki z moim Ligrem. Ale Śnieżny także nie był przy mnie bezpieczny. Nie chciałam zrobić z niego bezmyślnej maszyny od zabijania, przecież przed tym już raz go ratowałam. Wtuliłam się w jego szyję i siedziałam tak długo, cicho łkając, by tylko moim głosem nie zwrócić niepotrzebnej uwagi.
- Caro. – Przeklęłam w duchu, tego głosu z żadnym nie dało się pomylić. – Coś się stało?
Odwróciłam się w stronę Scotta, nie miałam jak już ukryć łez. Tylko spojrzałam na niego bezradnie, jak mała dziewczynka, a on, nie zadając żadnych pytań, po prostu do mnie podszedł i przytulił. Pozwoliłam, by mnie objął, chciałam by dalej gładził moje plecy i odsłoniętą skórę na rękach, by dalej bawił się lewą dłonią kosmkami moich włosów, by dalej szeptał proste, ale uspokajające słowa.
Musiałam się powstrzymać, by nie zostać już w jego objęciach, odsunęłam się, ściągając z siebie jego ręce.
- O co chodzi? – Był naprawdę zmartwiony, zarówno tym co zastał, jak i tym, że go odsunęłam.
- Nie zrozumiesz…
- Zawsze jak tak mówisz, to wróży coś złego. – Spróbował mnie rozbawić, ja jednak byłam zbyt skupiona na celu.
- Scott… proszę cię…
Rozpłakałam się znowu. Wyciągnął ręce w moją stronę, zbliżył się, bym mogła ponownie znaleźć się w jego bezpiecznym uścisku. Walczyłam sama ze sobą, by tylko nie przyjąć tego czułego gestu, żeby nie pozwolić sobie na położenie głowy na jego ramieniu. Odepchnęłam go z całej siły, jednocześnie w tym ruchu obracając nas tak, byśmy zamienili się miejscami. Stałam przy wyjściu z boksu, drzwi były otwarte. Mogłam uciec.
Coś jednak trzymało mnie w tym miejscu. Wzrok Scotta, pełen miłości i bólu. Jego ton głosu, jakby każdą literą próbował mi przekazać, że wszystko będzie dobrze.
Nie będzie.
- Caro, widzę, że coś jest nie tak. – Dopiero po chwili skierował wzrok na moją dłoń, w której trzymałam plecak. – Po co ci to?
Podszedł bliżej, wyciągnął rękę żeby mnie złapać, przytrzymać.
Cofnęłam się jednym szybkim skokiem.
- Nic nie rozumiesz. Popełniłam błąd… wybrałam drogę. Nie mogłam wiedzieć jak to się skończy. Ale to zrobiłam.
A później słowa popłynęły same. Wciśnięta w jego ramiona, próbując dostać się jeszcze głębiej, opowiadałam o wszystkim, ciężko szlochając. Mówiłam o moim śnie z przyszłością. I że wybrałam Mrok. Czysty, niczym nie skalany Mrok. Moim przeznaczeniem stała się śmierć i nie mogłam pozwolić, by kogokolwiek z nich ona dotknęła. Wiedziałam, że według Scotta plotłam bzdury, ale on mi tego nie chciał uświadamiać. Pozwolił wypłakać się ze wszystkiego, pozbyć balastu.
Nie wiem ile tak spędziliśmy w boksie, wiem tylko, że w pewnym momencie usiedliśmy na czystej kupce siana, później położyliśmy się tam, aż w końcu opierałam głowę na jego piersi. Nie potrzebowaliśmy słów, wystarczył sam dotyk. To, że on gładził moją szyję i ręce, to że ja zaplatałam na palce jego, nieco już przydługie, włosy. On także raz na jakiś czas wziął mój kosmyk w palce i się nim bawił.
Uśmiechałam się, on też. Szczerze, nie wymuszenie. Prawdziwa radość zawinięta w tej krótkiej chwili. Szczęście i uczucia, które w swoim subtelnym i intymnym połączeniu otępiały zmysły. Spojrzałam mu w oczy, delikatnie unosząc głowę z jego torsu, a on ujął mój policzek w dłoń, pogładził kciukiem. Mocniej przyłożyłam głowę, przyglądając się jak jego mięśnie pracowały.
Powoli, dziwnie niespiesznie skierowałam wzrok z jego ręki, poprzez szyję, aż do oczu, wcześniej po kolei badając wzrokiem każdy element jego twarzy. Był przystojny, nie dało się temu zaprzeczyć. I gdy tylko mój wzrok napotkał jego, a nasze oczy spotkały się w tym niemym porozumieniu, podniosłam się wyżej, opierając jedną rękę na sianie, drugą na jego ramieniu. Pochyliłam się nad nim, zupełnie szczęśliwa, teraz tylko to mi wystarczyło. To jedno spojrzenie, mówiące, że mnie kocha i jednocześnie, ze nie chce mnie skrzywdzić. Nieme, subtelne pytanie, na które odpowiedź była jasna.
Nasze twarze zakryła kurtyna z moich blond loków. Drżałam z podniecenia i wyczekiwania. Jego ciało także, przy każdym kolejnym zmniejszeniu dystansu czułam, jak przez niego przelatuje energia. Serce waliło mi z każdą sekundą, a jego odpowiadało tym samym, wystukując identyczny rytm. Pasowaliśmy do siebie, każdy nasz fragment pasował, jakbyśmy zostali odlani do tego momentu. Rozumieliśmy nasze ruchy, wiedziałam, kiedy znów pogładzi mój policzek, nim zdąży to zrobić i byłam gotowa na każdą pieszczotę. Pragnęłam tego, pragnęłam pokazać mu, co do niego czułam. Zamknęłam oczy, gdy dotknęliśmy się nosami, a na swoich wargach poczułam ciepły oddech. Zostały tylko milimetry, by nasze usta się zetknęły.
A wtedy bym już z nim została.
W momencie gdy chciał złapać mnie dłońmi w talii, ja odskoczyłam. Przerywając całą magię. Serce waliło mi jak szalone i ściskało się z żalu. W oczach znów pojawiły się łzy. Spojrzałam na niego, zaskoczonego, smutnego, a przede wszystkim przerażonego, że mógł mi zrobić krzywdę.
Mnie…
To ja stanowiłam dla niego, dla nich wszystkich, zagrożenie.
Nie wytrzymałam, po moich policzkach znów popłynęły łzy.
- Przepraszam.
Tylko tyle zdołałam wyszeptać, nim wybiegłam.
A on nie mógł mnie powstrzymać. Był zbyt zdezorientowany, za późno zareagował, by móc mnie dogonić. Krzyczał moje imię, ale nie reagowałam, choć serce rwało się do niego, choć moje ciało pragnęło jego ciała. Nie mogłam się zatrzymać.

Tylko tak mogłam ich ocalić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz