sobota, 14 maja 2016

Sezon III Rozdział XVIII Alegoria

W zamku nie ucieszyli się za bardzo na wieść, że złączyłam swoją moc z Gwynnehartem. Przez pierwszy tydzień próbowali mi go nawet zabrać, ale każdy śmiałek, który chociaż tknął miecz z zamiarem zerwania mojej więzi z ostrzem, cóż, płonął. Za pierwszym razem, a stało się to tuż po treningu, przybył do Sali cały oddział i zaprowadził Aidena i mnie przez oblicze Króla.
Arkhan, jak nie trudno się spodziewać, był wściekły, mało powiedziane. Stwierdził, że mógłby to podpisać pod zbrodnię lub zdradę. Dzięki siłom przyrody wybrała się do niego akurat Phoenyx, tuż przed nami, która stwierdziła, że oskarżanie nauczyciela walki bronią, o nauczanie walki bronią jest śmieszne. W jej ustach faktycznie to tak brzmiało. Król więc trochę się uspokoił, ale nie na tyle, by mi odpuścić.
- Zabierz jej to Garrel – powiedział stanowczym tonem.
Już wtedy poczułam, że coś było nie tak, Gwynnehart przy moim boku potraktował mnie iskierkami, jakby mówił, że na to nie pozwoli. Może i powinnam wtedy zareagować, powiedzieć, że to bardzo kiepski pomysł. Ale taka zniewaga Króla mogła się skończyć ścięciem głowy. Stałam więc w ciszy, nie opierając się i ufając ostrzu.
Garrel niczemu nie był winien, miał po prostu zły dzień i jeszcze większego pecha, że stał najbliżej tronu. Z nienawiścią, zapewne do mojego gatunku, wymalowaną na twarzy sięgnął po rękojeść. I to był jego największy błąd.
Smoki całe się zatrzęsły, jakby dotyk kogoś innego był dla nich obrazą. Znów przeszły mnie iskierki, mocniejsze, to był znak, że nie pozwolą się zabrać. Widziałam jak kryształ poruszał się, niczym prawdziwe mięśnie, jak światło w nim zawarte jeszcze bardziej oddawało efekt napięcia. Bestie spojrzały na niego spod czerwony ślepi, w których dziko zaiskrzył ogień a następnie, nim ten zdążył zareagować, rzuciły się niczym wąż, wykorzystując swoje mięśnie niczym sprężynę. Z kłów, które zagłębiły w skórze Garrela pociekł ogień. Oczy gadów natomiast broczyły czarną, gęstą mazią, która związała dłoń żołnierza i zatrzymała ją przy głowach.
Stałam jak wmurowana, nie rozumiejąc co się działo.
- Zrób coś! – To był głos Aidena, dopiero on wyrwał mnie z osłupienia.
Chwyciłam Gwynnehart, poczułam jak ostrze, już bardzo szybko, nie jak za pierwszym razem, wysuwa się w pochwie. Smoki złagodniały, zamruczały i wróciły na swoje miejsce, układając mięśnie tak, by było mi wygodnie.
- Miecz wybrał – powiedziałam, udając pewność.
I chyba każdy oprócz Aidena uwierzył. Tylko on jeden wiedział, jak byłam przerażona całym zajściem. Skrzywdziłam tamtego człowieka. Mógł mnie nienawidzić, praktycznie wszyscy nienawidzą Wyklętych, ale nie powinnam mu odbierać życia.
Gwynnehart jakby słyszał moje myśli, bo Smoki tak poruszyły się, jakby chciały pogłaskać wnętrze mojej dłoni. Nie puściłam miecza od momentu wyjścia z sali. Gdy się zorientowałam, wypuściłam rękojeść, a bestie wydały jakby przepraszający pomruk, gdy zastygały w swojej oryginalnej pozie.
Ale nawet jeżeli żałowały, spaliły od wewnątrz każdego kolejnego, kto tylko śmiał zabrać miecz ode mnie.
Za którymś razem, gdy znów wezwano mnie do sali tronowej, zobaczyłam mężczyznę odzianego tak grubo i starannie, że nic nie byłoby w stanie przebić warstwy ubrań, trzech skórzanych rękawic i zbroi. Mimo to miałam wrażenie, że rycerz znajdujący się pod spodem trzęsie się jak osika. On sam nie chciał wierzyć, że to się uda. Przecież, nawet jeżeli jego poprzednicy byli w zbrojach, Smoki jakoś znajdowały sposób by się do nich dobrać.
Król najwyraźniej nie cierpiał na braki w wojsku, bo bez chwili wahania kazał Vincentowi, bo tak go nazwał, wykonać powierzone mu zadanie. A ja mogłam tylko stać w tym jednym, cholernym miejscu, popieląc wnętrza kolejnych ludzi. Przy czwartej ofierze moje poczucie winy zniknęło i zaczęła się jeszcze większa nienawiść do Arkhana, ale mimo to ciężko było nie mieć koszmarów, gdy prawie codziennie wąchało się ludzką spaleniznę.
Vincent, nie mając za dużo do gadania, podszedł do mnie i chwycił za miecz. Poczułam iskierki, jak zawsze. Ale tym razem były trochę inne, słabsze, jakby i mieczowi się to już znudziło. Smoki nie mogły znaleźć kawałka ciała na wyciągnięcie swoich, jakby nie patrzeć dość ograniczonych w ruchach, ciał. Szybko wpadły na inny pomysł, to aż dziwne jak zwykłe rzeźby potrafiły być mądre. Zaczęły zionąć ogniem, a smoła z ich oczu stworzyła bańkę wokół rycerza, by ogień dosięgał tylko jego. Za późno udało mi się wyrwać broń, która oplotła ogonami jego rękę. Dopiero gdy mężczyzna usmażył się pod swoim grubym odzieniem, mogłam wziąć do ręki Gwynneharta.
- Wystarczy! – wrzasnęła kobieta o znajomym głosie.
To była Less, albo raczej Lesseline, jak ktoś woli używać pełnego imienia. Wyrazu wściekłości na jej twarzy nie dało się pomylić z żadnym innym uczuciem. Miałam wrażenie, że jakby mogła, już dawno ciskałaby piorunami z oczu.
- Jesteś cholernym głupcem Arkhan! Przeklętym idiotą! – wykrzykiwała to wszystko, co każdy z nas chciał powiedzieć od dawna.
Król drgnął przez ułamek sekundy i pewnie dla każdego, kto nie trzymał mojego miecza, było to niezauważalne.
- Coś jeszcze, droga Lesseline?
Uśmiechnął się, jednak było w tym coś strasznego, groźba i obietnica jednocześnie.
- Tak! – Jak widać gardło nie łatwo jej było zedrzeć. – Moja rodzina robiła wszystko! Cholera wszystko! Żeby tylko utrzymać ten miecz z dala od Eleares! Ja też go broniłam! Wraz z moim rodzeństwem! Wiesz co się stało Arkhan i nie udawał durnia większego, niż jesteś! Zrobiłam wszystko by Gwynnehart był bezpieczny i by pewnego dnia znalazł właściciela! Więc teraz skoro już ma Caro, to jej z łaski swojej go nie zabieraj – mówiła przez zaciśnięte zęby, co chwila wybuchając i na nowo próbując się pozbierać. – Ten miecz był darem, ale mogę go szybko zabrać jeżeli będzie trzeba. Skoro tak bardzo chcesz to go zabierz.
Coś mną wstrząsnęło, Arkhan miał ogromną moc. Magia nie mogła go dosięgnąć, gdyby go zabrał, nie mogłabym nic zrobić.
Ręka mnie zaświerzbiła, by dobyć Gwynneharta, nim on to zrobi. Ale powstrzymałam się.
Jednak Król tylko siedział i wpatrywał się w Less. Już nie ukrywał złości. I tylko Less, księżniczka z odległej krainy, której nazwy mi nie zdradziła, nie bała się go. Patrzyła na niego z wyższością, wiedziała, że to ona ma przewagę. Całą swoją postawą wręcz śmiała się z Arkhana. A to jeszcze bardziej doprowadzało go do złości.
Mimo to nie ruszał się z miejsca.
- Jesteś jeszcze większym idiotą niż myślałam. – Uśmiechnęła się triumfalnie. – Dobrze wiesz, że nawet twoja moc ugnie się pod taką magią jak ta. Nie dasz rady więzi jaka połączyła Smoki Gwynneharta i Caroline. A mimo to będziesz posyłał ludzi na pewną śmierć. Albo ty to zrób, albo przestań wysyłać żołnierzy.
Wstał, blady jak ściana.
- Wyjdź.
Nie ruszyła się, patrzyła na niego triumfalnie.
- POWIEDZIAŁEM WYNOŚ SIĘ STĄD! WY WSZYSCY TEŻ!
Prychnęła, wzięła mnie za rękę i opuściła salę. Gdy drzwi zamknęły się za nami, tylko rzuciła:
- Nienawidzi jak ktoś się mu sprzeciwia, to jego słaby punkt.

*~*~*

Skoro już odkryłam jaki mam żywioł i jaką energię, byli mnie w stanie uczyć. Chociaż w sumie też nie do końca. Na zamku byli Zaklinacze Powietrza, Wody i Ziemi. Ale żeby ktoś tak ogniem władał? Niekoniecznie. Oczywiście musiało się okazać, że ten żywioł był niczym skrzydła, rzadki i bardzo niebezpieczny. Takich Zaklinaczy nie spotykało się często. Albo chociaż posiadających wiedzę na temat mojej magii.
Nyscil obiecała, że skontaktuje się z innymi królestwami, by znaleźć mi nauczyciela. To samo zapewniła Less, mówiąc że ma wtyki o wiele dalej, więc może coś wskóra. Miałam naprawdę wielką nadzieję, że im się uda, panowanie nad własną mocą było jednak czymś ważnym, nawet jeżeli się tego nie chciało.
Mimo wszystko jakoś ten tydzień trzeba było spędzić, a samą nauką posługiwania się bronią, czy teorii magii nie mogłam się uczyć. Na moje szczęście znalazło się kilka osób mających dostęp do bardzo starych zwoi traktujących o Zaklinaczach Ognia. Słów nikt nie mógł w stanie odczytać, były napisane powiem w pożodze, tak przynajmniej nazywali to uczeni – język pożogi. Potrafili odczytywać go tylko wtajemniczeni w sztuce ognia, którzy rozumieli szelest płomieni.
Ja, jak widać, jeszcze nie rozumiałam, bo te wszystkie litery wyglądały tak, jakby ktoś od niechcenia zaczął sobie wypalać dziury w kartce, a później na chybił trafił niektóre oznaczać węglem, a inne zostawiać. Nie było w tym logiki, ni sensu. Jak w pożarach. Powoli zaczynałam rozumieć pod jak wieloma względami pożoga pasowała do tęgo języka.
I chociaż liter nie dało się za nic w świecie zrozumieć, całe szczęście pozostawili po sobie kilka mniej i bardziej dokładnych rysunków, przedstawiających proste ruchy, które miały doprowadzić do tego, bym tkała ogień. Podstawowe pozycje i wyprowadzanie słabych ataków. Zrobienie ognistego bicza, strzelanie ognistymi pociskami wielkości pięści i kilka innych niezbyt oryginalnych ruchów.
Pierwszego dnia miałam problem, starałam się patrzeć na zwoje i powtarzać ruchy rysunków, ale kompletnie nie czułam tego. Z pomocą przyszli nauczyciele innych żywiołów. Nawet Shanie się pojawiła, by udzielić mi rady. Opowiadała o powietrzu, o tym, co trzeba czuć by je tkać. Mówiła, że powietrze jest wyjątkowe, nad innymi żywiołami da się przejąć władzę, ale nie nad nim. Ono wymagało gładkiej ręki, kogoś kto sam był wolny, bo tylko do duszy swobodnej i nie skrępowanej powietrze przystawało i współpracowało. Potrzeba było wyciszenia, pozbycia się wszystkich złych myśli, krępujących jasność umysłu. A wtedy wiatr po prostu był, gotowy na każde zawołanie.
By panować nad wodą i ziemią też trzeba było myśleć w odpowiedni sposób. I choć wszystkie te żywioły się różniły, łączyło je coś. Wizualizacja tego, co chciało się stworzyć. Bez wyobraźni, bez pokazania żywiołowi, co chciało się zrobić, on w życiu by tego nie wykonał. Po drugie jasność myślenia, musiałam być otwarta na żywioł, bo przecież ogień sam mi się do umysłu nie wepchnie. A ja moją niepewnością odpychałam go daleko.
Ze wszystkimi radami, dużą dawką teorii i wyobraźnią w pełni gotową do działania, przyszłam na drugi dzień do sali treningowej. Była inna od tej, w której zwykłam ćwiczyć. Mniejsza i miała o wiele mniej rzeczy, które mogłam podpalić. No i był w niej basen kilka metrów dalej.
Ustawiłam się w bezpiecznej odległości od nauczyciela, a raczej mężczyzny, który nawet mi się nie przedstawił i trząsł się na samą myśl, że miałabym przy zwojach tkać ogień. Pozwolił mi je zabrać ze sobą tylko wtedy, jeżeli on przy nich będzie. Uszanowałam jego wolę, choć chciałam mieć przy sobie kogoś takie jak Nyscil czy Less.
Bardzo się wtedy skupiłam, nie mogłam sobie pozwolić na pomyłkę. Oczyściłam umysł, pozostawiając siebie, obraz długiego, ognistego bicza i wielką chęć, by zrozumieć moją magię. Coś we mnie mówiło, że póki jej nie poznam, nie będę mogła całkowicie zrozumieć siebie. Zależało mi na tym bardzo i wiedziałam, nawet nie mam pomysłu skąd, że takie nastawienie jest odpowiednie do władania nad ogniem. Tylko silna wola mogła okiełznać coś tak żywego i dzikiego.
Schowałam prawą rękę delikatnie z siebie, jakbym próbowała po coś sięgnąć. Przypomniałam sobie, w jaki sposób miecz przewodził moją magię, jak pobudzał radosne iskierki w całym organizmie, jak w końcu wydał z siebie potężny ogień. Nałożyłam ten obraz, dwóch Smoków tworzących płomienie, na moje wyobrażenie groźnej broni jaką był bicz z płomieni.
Sama do końca nie rozumiałam tego, co robiłam, ale to naprawdę się działo. Skierowałam magię do ręki, czułam wrzące w niej iskierki, ból jaki wykonywały, gdy gromadziły się w palcach. Miałam wrażenie, jakby ktoś wypalał mi nerwy. Zaklinacze mówili, że tak jest z każdym żywiołem na początku i że przechodzi w ramach ćwiczeń, to jednak nie pocieszało. Aż syknęłam, gdy wreszcie przez moje żyły i nerwy przeszło tyle magii, bym mogła ją wypuścił. Wykonałam prosty ruch, wyrzucając rękę przed siebie, lekko zmieniając ustawienie ciała.
Zdziwiłam się tak bardzo, widząc w mojej dłoni bicz zrobiony ze związanych ze sobą płomieni, że aż straciłam kontrolę nad magią, a on zgasł.
Ale przez tydzień zdążyłam zapanować nad naprawdę wieloma rzeczami. Przede wszystkim nie dziwił mnie już ogień, który tworzyłam, a który nie robił mi krzywdy. Jednak tylko mój własny ogień nie mógł mnie poparzyć, inny działał na mnie tak, jak na każdego zwykłego człowieka.
Z coraz większym zapałem uczyłam się nowych technik, próbowałam też wiele własnych wymyślać. Nim się obejrzałam bez trudu dzierżyłam w dłoni bicz, potrafiłam strzelać z rąk ogniem, stworzyć strumień płomieni. I wiele, wiele innych ataków polegających na posyłaniu ognia w przeciwnika. Co prawda musiałam dużo pracować nad moją energią i umiejętnością utrzymania magii. Siły się kończyły, dla mnie bardzo szybko. A wykorzystanie w pełni mojej magii bolało bardziej, niż jej początkowe używanie. Przed i po treningu musiałam brać specjalne zestawy różnych naparów i tabletek, bym szybciej zwiększyła moje możliwości. To działało, z dnia na dzień byłam w stanie dłużej trenować i lepiej znosiłam to wszystko.
Nie wiem też co się stało z Shanie, może Nick i Neal z nią porozmawiali, albo sama zaczęła trochę nad tym myśleć, ale stała się jakaś milsza dla mnie. Chociaż to chyba nie odpowiednie słowo, powinnam powiedzieć – bardziej tolerancyjna. Zdawała się mniej pragnąć mojej śmierci i nawet chętnie przyglądała się moim poczynaniom, rzucając uwagi, a stopień ich zgryźliwości zależał od jej humoru.
Mimo charakteru jej wypowiedzi, treść była naprawdę cenna. Niby nie mówiła nic wielkie, wprowadzając do mojej techniki zaledwie szczegóły. Lecz to właśnie te szczegóły sprawiały, ze byłam szybsza, a ataki silniejsze. Nie ważne jakby mnie nie denerwowała, była bardzo dobrą nauczycielką i chcąc nie chcąc musiałam słuchać tego, co miała mi do powiedzenia. Ba, nawet dziękowałam za te rady.
- Nie wiem czy wiesz, ale nie musisz magii używać tylko jedną ręka. Możesz też kierować ogień lewą, możesz to robić poprzez nogi. Jak chcesz możesz nawet zionąć. Kiedy używasz więcej niż jednej kończyny wizualizacja jest trudna, ale jeżeli twoje ciało i energia znają te ruchy, wystarczy tylko je poczuć.
Nie sądziłam, że nogami także mogłam przewodzić ogień. Lewą ręką za to próbowałam i o efektach zdecydowałam się nie mówić nikomu. O ile moja prawa ręka wypuszczała zwyczajne, może tylko trochę za bardzo czerwone płomienie, lewa sprawiała, że stawały się niebieskie. Czułam, że to coś bardzo dziwnego i na razie miałam zamiar zachować dla siebie.
Kiedy stopy także stały się czymś, czym mogłam walczyć magią, wszystko się zmieniło. Nagle widziałam o wiele więcej możliwości ataku, sposobów jak wykorzystywać ogień i własne umiejętności. Zdecydowałam się także na ćwiczenia z gimnastyki i kontroli nad własnym ciałem, by później to wykorzystać. Przede mną była długa praca, ale efekty mogłam sobie wyobrazić.
Już teraz potrafiłam wyskoczyć i kopnąć przed siebie nogami, a ręce skierować w przeciwnym kierunku, wręcz kładąc się w powietrzu. W ten sposób strzelałam ogień w dwie strony. Używałam także skrzydeł. Wypuszczanie promienia z płomieni i kręcenie się w górze dawało nieziemski efekt. Widok z góry w połączeniu z ogniem i możliwością zamknięcia w pożodze przeciwników, coś pięknego.
A kiedy ja ćwiczyłam panowanie nad swoim żywiołem, Loganowi udało się odkryć swój. Był wodą, energią białą. To stąd te wręcz anielskie skrzydła. Woda była spokojna, lecznicza, ale i waleczna. Zupełnie jak anioły.
Gdzieś w duszy zazdrościłam mu jego umiejętności, tego, że będzie mógł leczyć a nie tylko niszczyć. Tego, że nie musiał znosić koszmarów, walki z własnym przeznaczeniem. Z drugiej jednak strony cieszyłam się. Ktoś tak dla mnie ważny jak on mógł żyć spokojnie. To ja zapieczętowałam swój los, nie on.
Z tą myślą kładłam się co noc spać.
To mój los miał być usłany trupami.
Oni nie musieli cierpieć.

*~*~*

Następnego dnia zajęcia miałam dopiero po południu. Nikt mnie też specjalnie nie pilnował. Każdy w końcu miał swoje do roboty, a i jakoś byli mi w stanie zaufać, przecież nikogo z własnej woli nie spaliłam, grzecznie uczyłam się jak Król kazał i ogólnie nie sprawiałam kłopotów, zyskując sobie aprobatę coraz większej ilości mieszkańców. A poza tym pracowałam na swoje utrzymanie, dzięki temu też zyskałam w ich oczach.
To właśnie ten napięty rytm dnia, praca, treningi, nauka, ale co za tym szło – poczucie wspólnoty, sprawiały, że naprawdę ciężko mi było zaakceptować moje własne plany. Lecz już nie było innego wyjścia. We śnie przypieczętowałam swój los, teraz musiałam ponieść konsekwencje.
Musiałam odejść, jak najdalej od wszystkich, których kochałam. Spakowałam plecak, podkradłam kilka zwoi, zostawiając w ramach przeprosin krótki list i opis jak powinno się wykonywać kilka prostych ataków, jak i tych wymyślonych przeze mnie.
A na sam koniec poszłam do boksu Underruna. Była to jedyna istota w pałacu, z którą mogłam pożegnać się osobiście. Nie chciałam go zostawiać i serce mi pękało na samą myśl kolejnej rozłąki z moim Ligrem. Ale Śnieżny także nie był przy mnie bezpieczny. Nie chciałam zrobić z niego bezmyślnej maszyny od zabijania, przecież przed tym już raz go ratowałam. Wtuliłam się w jego szyję i siedziałam tak długo, cicho łkając, by tylko moim głosem nie zwrócić niepotrzebnej uwagi.
- Caro. – Przeklęłam w duchu, tego głosu z żadnym nie dało się pomylić. – Coś się stało?
Odwróciłam się w stronę Scotta, nie miałam jak już ukryć łez. Tylko spojrzałam na niego bezradnie, jak mała dziewczynka, a on, nie zadając żadnych pytań, po prostu do mnie podszedł i przytulił. Pozwoliłam, by mnie objął, chciałam by dalej gładził moje plecy i odsłoniętą skórę na rękach, by dalej bawił się lewą dłonią kosmkami moich włosów, by dalej szeptał proste, ale uspokajające słowa.
Musiałam się powstrzymać, by nie zostać już w jego objęciach, odsunęłam się, ściągając z siebie jego ręce.
- O co chodzi? – Był naprawdę zmartwiony, zarówno tym co zastał, jak i tym, że go odsunęłam.
- Nie zrozumiesz…
- Zawsze jak tak mówisz, to wróży coś złego. – Spróbował mnie rozbawić, ja jednak byłam zbyt skupiona na celu.
- Scott… proszę cię…
Rozpłakałam się znowu. Wyciągnął ręce w moją stronę, zbliżył się, bym mogła ponownie znaleźć się w jego bezpiecznym uścisku. Walczyłam sama ze sobą, by tylko nie przyjąć tego czułego gestu, żeby nie pozwolić sobie na położenie głowy na jego ramieniu. Odepchnęłam go z całej siły, jednocześnie w tym ruchu obracając nas tak, byśmy zamienili się miejscami. Stałam przy wyjściu z boksu, drzwi były otwarte. Mogłam uciec.
Coś jednak trzymało mnie w tym miejscu. Wzrok Scotta, pełen miłości i bólu. Jego ton głosu, jakby każdą literą próbował mi przekazać, że wszystko będzie dobrze.
Nie będzie.
- Caro, widzę, że coś jest nie tak. – Dopiero po chwili skierował wzrok na moją dłoń, w której trzymałam plecak. – Po co ci to?
Podszedł bliżej, wyciągnął rękę żeby mnie złapać, przytrzymać.
Cofnęłam się jednym szybkim skokiem.
- Nic nie rozumiesz. Popełniłam błąd… wybrałam drogę. Nie mogłam wiedzieć jak to się skończy. Ale to zrobiłam.
A później słowa popłynęły same. Wciśnięta w jego ramiona, próbując dostać się jeszcze głębiej, opowiadałam o wszystkim, ciężko szlochając. Mówiłam o moim śnie z przyszłością. I że wybrałam Mrok. Czysty, niczym nie skalany Mrok. Moim przeznaczeniem stała się śmierć i nie mogłam pozwolić, by kogokolwiek z nich ona dotknęła. Wiedziałam, że według Scotta plotłam bzdury, ale on mi tego nie chciał uświadamiać. Pozwolił wypłakać się ze wszystkiego, pozbyć balastu.
Nie wiem ile tak spędziliśmy w boksie, wiem tylko, że w pewnym momencie usiedliśmy na czystej kupce siana, później położyliśmy się tam, aż w końcu opierałam głowę na jego piersi. Nie potrzebowaliśmy słów, wystarczył sam dotyk. To, że on gładził moją szyję i ręce, to że ja zaplatałam na palce jego, nieco już przydługie, włosy. On także raz na jakiś czas wziął mój kosmyk w palce i się nim bawił.
Uśmiechałam się, on też. Szczerze, nie wymuszenie. Prawdziwa radość zawinięta w tej krótkiej chwili. Szczęście i uczucia, które w swoim subtelnym i intymnym połączeniu otępiały zmysły. Spojrzałam mu w oczy, delikatnie unosząc głowę z jego torsu, a on ujął mój policzek w dłoń, pogładził kciukiem. Mocniej przyłożyłam głowę, przyglądając się jak jego mięśnie pracowały.
Powoli, dziwnie niespiesznie skierowałam wzrok z jego ręki, poprzez szyję, aż do oczu, wcześniej po kolei badając wzrokiem każdy element jego twarzy. Był przystojny, nie dało się temu zaprzeczyć. I gdy tylko mój wzrok napotkał jego, a nasze oczy spotkały się w tym niemym porozumieniu, podniosłam się wyżej, opierając jedną rękę na sianie, drugą na jego ramieniu. Pochyliłam się nad nim, zupełnie szczęśliwa, teraz tylko to mi wystarczyło. To jedno spojrzenie, mówiące, że mnie kocha i jednocześnie, ze nie chce mnie skrzywdzić. Nieme, subtelne pytanie, na które odpowiedź była jasna.
Nasze twarze zakryła kurtyna z moich blond loków. Drżałam z podniecenia i wyczekiwania. Jego ciało także, przy każdym kolejnym zmniejszeniu dystansu czułam, jak przez niego przelatuje energia. Serce waliło mi z każdą sekundą, a jego odpowiadało tym samym, wystukując identyczny rytm. Pasowaliśmy do siebie, każdy nasz fragment pasował, jakbyśmy zostali odlani do tego momentu. Rozumieliśmy nasze ruchy, wiedziałam, kiedy znów pogładzi mój policzek, nim zdąży to zrobić i byłam gotowa na każdą pieszczotę. Pragnęłam tego, pragnęłam pokazać mu, co do niego czułam. Zamknęłam oczy, gdy dotknęliśmy się nosami, a na swoich wargach poczułam ciepły oddech. Zostały tylko milimetry, by nasze usta się zetknęły.
A wtedy bym już z nim została.
W momencie gdy chciał złapać mnie dłońmi w talii, ja odskoczyłam. Przerywając całą magię. Serce waliło mi jak szalone i ściskało się z żalu. W oczach znów pojawiły się łzy. Spojrzałam na niego, zaskoczonego, smutnego, a przede wszystkim przerażonego, że mógł mi zrobić krzywdę.
Mnie…
To ja stanowiłam dla niego, dla nich wszystkich, zagrożenie.
Nie wytrzymałam, po moich policzkach znów popłynęły łzy.
- Przepraszam.
Tylko tyle zdołałam wyszeptać, nim wybiegłam.
A on nie mógł mnie powstrzymać. Był zbyt zdezorientowany, za późno zareagował, by móc mnie dogonić. Krzyczał moje imię, ale nie reagowałam, choć serce rwało się do niego, choć moje ciało pragnęło jego ciała. Nie mogłam się zatrzymać.

Tylko tak mogłam ich ocalić.

piątek, 13 maja 2016

Sezon III Rozdział XVII Akrybia

Trening z Aidenem nie tylko uczył, ale był bardzo przyjemny. Chłopak uwielbiał żartować i dogryzać mi na każdym kroku, a ja chętnie te zaczepki wyłapywałam i odpowiadałam na nie równie ironicznie i z dystansem. Nie miał nic przeciwko mojemu, jakby nie patrzeć niezbyt dobremu, pochodzeniu, a i z tego śmiał się często dla zabawy.
Znalezienie odpowiedniej broni dla mnie wcale nie było takie łatwe. Musiało mi być z nią wygodnie w ręce, nie mogła by też za ciężka. Co prawda jakoś specjalnie nie robiły dla mnie różnicy bronie różnej wielkości, Strażnicy nauczyli mnie, że ze wszystkiego da się strzelać do celu. Dla Aidena jednak to nie był tylko sposób obrony – to sztuka. Z takim przejęciem opowiadał, że dzięki odpowiedniej spluwie mogę zyskać przewagę w sekundach, że aż mu uwierzyłam.
W sumie to była prawda, wcześniej nigdy nie zwróciłabym na to uwagi, ale różnica między trochę za dużym pistoletem, a idealnie wpasowującym się w moją dłoń faktycznie była. Z tą dopasowaną naprawdę radziłam sobie szybciej i zdałam sobie sprawę, o co mój nauczyciel robił tyle szumu – zyskałam kilka setnych sekundy, które często mogły oddzielać życie od śmierci.
Z każdym kolejnym strzałem, Aiden kazał mi się oddalać od celu, lub zmieniać go całkowicie, na ruszające się, robiące uniki a także strzelające. Choć pikselowy pocisk nie mógł mi nic zrobić, to gdy tylko zetknął się z moją skórą czułam, jakbym faktycznie oberwała. Podobno cała ta sala była jednym wielkim komputerem, stojąc na podłodze on przekazywał do mojego ciała odpowiednie bodźce. Więc gdy jego hologram mnie uderzył, od razu w moje nerwy został przekazany sygnał „ma ją w cholerę boleć”. Działało.
Najgorszy był moment, w którym mój jakże cudowny nauczyciel postanowił trochę popieścić mnie pociskami. Kazał komputerowi wygenerować wojowników wokół mnie, a ja – zdezorientowana bardziej niż kiedykolwiek – miałam się ich pozbyć, jednocześnie starając się nie oberwać. Gdy wreszcie udało mi się roztrzaskać pociskami wszystkich, miałam tyle siniaków i krwiaków, że ktoś mógłby pomyśleć, iż moim naturalnym kolorem skóry jest fiolet. Aiden za bardzo się tym nie przejął i stwierdził, że mogłabym być szybsza. Odpalił sprzęt drugi raz.
Jak widać nie docierało do niego, że wolałam miecz i działanie z zaskoczenia. Postarałam się bardziej, mając nadzieję, że chociaż po raz trzeci nie wypuści mnie na niełaskę maszyny. Starałam się unikać wszystkich pocisków, półobrotem zakręcałam tuż przed pędzącymi pikselami. Inne starałam się załatwić własną kulą, choć trafienie było wyjątkowo trudne. Ogólnie liczyłam na to, ze szybciej zestrzelę hologramy niż one mnie.
Oberwałam mniej razy, ale wystarczyło by fioletowe sińce zmienić na czarne. Krwiak na krwiaku, dosłownie.
- Zachowujesz się jakbyś była ślepa – powiedział, krzyżując ręce na piersi.
- Jak mam się zachowywać, gdy dwadzieścia gości strzela do mnie w jednym momencie?!
Miałam nadzieję, że zauważył, iż denerwowanie mnie w tamtym momencie mogło być najgorszym pomysłem jego życia.
- Przestań próbować ich zobaczyć.
- Przed chwilą narzekałeś, że jestem ślepa…
- Bo chcesz ich wszystkich objąć wzrokiem. To głupie. – W odpowiedzi prychnęłam, nie przejął się tym. – W walce nie możesz tylko widzieć. Musisz słyszeć, musisz czuć. Nie czujesz ruchu powietrza? Nie słyszysz wystrzału z broni? Na to powinnaś zwracać uwagę, wzrok jest ci tylko potrzebny by wymierzyć w cel, cała reszta należy do innych zmysłów.
Westchnęłam.
- Mówisz jakby to było najprostszą rzeczą na świecie.
- Bo to jak oddychanie.
-Kiedy zrozumiesz, że dla mnie czymś takim jest walka mieczem? – Spojrzałam na niego z wyrzutem.
Patrzył na mnie chwilę, jakby zupełnie nie wiedząc co zrobić. Zmarszczka, która powstała między jego brwiami, świadczyła o tym, że nad czymś bardzo mocno myślał. Czułam się trochę skrępowana, gdy tak próbował przewiercić mnie wzrokiem na wylot, ale nic nie mówiłam, bałam się, że mogłabym coś zepsuć, przerwać.
Po chwili wzruszył ramionami.
- No dobra. Zaczekaj tutaj.
Nim zdążyłam zaprotestować, on już przyłożył rękę do czarnego kwadrat, który zalał jego dłoń a następnie zaczął błyszczeć zielonym światłem. Jedna ze ścian migotała długo, po czym z szarej zrobiła się czarna i rozpłynęła się na boki, otwierając małe wejście na klatkę schodową. Gdy tylko Aiden przekroczył próg, wrząca we framudze ciecz zawrzała, ruszyła ku sobie z chlupnięciem i uderzyła w siebie, łącząc się pośrodku przejścia. Sekundę później znów była tam zwykła metalowa ściana.
- Przeklęta magia Platynów…
To musiała mieć coś z nimi wspólnego, nikt inny nie potrafił tak po prostu sprowadzić metalu do stanu ciekłego i z powrotem. Z nudów zaczęłam celować w strzelnice, znajdujące się kilka dobrych metrów dalej. W sekundzie złapałam broń, którą wcześniej odłożyłam na półkę obok mnie i celowałam po kolei w każdą ze tarcz. Praktycznie w każdej pocisk utknął w samym środku. Wiedziałam, że nie wypadałoby być z tego powodu dumną. To tylko nieruchome stojaki – tak powiedziałby Aiden – będę z ciebie zadowolony, dopiero gdy w prawdziwej walce pokażesz, jak dobrze strzelasz. Mimo to po mojej twarzy przemknął cień uśmiechu. On nie musiał się z tego cieszyć, ja mogłam. Biorąc pod uwagę ile przeszłam i ile pracowałam, by móc tak wymierzać. Zdecydowanie miałam prawo uśmiechać się do „uśmierconych” tarcz.
- Dobra, ale ani słowa że to widziałaś.
Obróciłam się na głos nauczyciela. W pierwszej chwili myślałam, że ma coś naprawdę wyjątkowego. Ale on trzymał rękojeść. Tylko rękojeść, nie miała ona ostrza. Co prawda była naprawdę piękna. Tworzyły ją dwa smoki, złączone ze sobą spodem ciała. Taszkę tworzyły ich głowy, w których nie brakowało nawet najmniejszego szczegółu. Jelce zastąpiły ich piękne, błoniaste skrzydła, bardziej majestatyczne i przerażające zarazem od moich. Trzon tworzyły ich ciała. Złączone w dziwnym uścisku wyglądały tak, jakby próbowały rozerwać się pazurami nawzajem. W końcu głowica, którą stanowiły zwinięte w kulkę ogony bestii. Całość została wykonana z materiału, który wyglądał jak kryształ. Piękny, błękitny kryształ. Wystawiony na światło wręcz wrzał od promieni gromadzących się w jego wnętrzu. Pozostawiony w cieniu, co zresztą z radością pokazał mi Aiden, zmieniał się zupełnie, w jego błękicie krążyły wtedy macki cienia, wijąc się i pijąc w kryształ, byleby tylko wydostać się na zewnątrz. Oczy smoka były natomiast z czerwonego szlachetnego kamienia, jednak w nich buchał ogień. Aż musiałam się bliżej przyjrzeć, żeby w to uwierzyć.
- Jest niesamowia - wyszeptałam ledwie dosłyszalnie. Kontynuowałam po chwili. – Ale… - Spojrzałam na niego trochę zmieszana. – To jest tylko rękojeść.
Nie wiem czego się spodziewałam, ale na pewno nie był tym nauczyciel, który na moich oczach zaniósł się od śmiechu. Powstrzymał się kilka sekund później, patrząc na mnie przepraszająco.
- Wy tak mało wiecie.
- Wy? – Uniosłam brew.
- Ludzie. Byłaś z nimi wychowywana, choć do nich nie należysz. Przez nich trafiłaś teraz tu i nic, kompletnie nic nie wiesz. No ale trudno. – Machnął ręką. – To jest bardzo wyjątkowy miecz. Dostaliśmy go w darze od Lesseline. – Pytający wzrok skierowałam prosto na niego, zrozumiał. – Poznałaś ją, śpi w ogrodzie.
- Less. – Poprawiłam go.
- Lesseline to jej pełne imię. Nie ważne, wracając. Dostaliśmy go od niej. To Gwynnehart, jeden z Mieczy Magii. Mogą go dobyć tylko Wyklęci z duchem ptaka. Czyli bardzo dawno nikt z niego nie korzystał. Bliźniaczy miecz Kerrenhart miała Eleares. Wyklęci tacy jak wy są dla niego źródłem pod ostrze. Przewodzą swoją magię, a ona się w nie zmienia. Ostrze powietrza jest wyjątkowo szybkie, samo machnięcie takim obok wroga powoduje jego dekoncentracje. Ostrze ziemi przy cięciu dodatkowo kieruje we wroga kamienie, pędzące z zabójczą prędkością. Minus jest taki że jest bardzo ciężkie i powolne. Ostrze wody potrafi sprawić, że przeciwnik zaczyna się ruszać tak, jakby każdy krok, każdy zamach musiał wykonywać w wodzie. No i ostrze ognia. Płomienie potrafią sięgnąć wroga. A jeżeli jest umieszczone w mieczu Gwynnehart, cóż, wtedy ogień staje się czymś więcej niż tylko namacalną rzeczą. Dosłownie pali duszę przeciwnika.
Przełknęłam głośniej ślinę.
- A Kerrenhart? Na jaki żywioł reaguje najlepiej? – Próbowałam udawać, że wcale nie myślałam o spalanej w mękach duszy, że wcale się tego nie bałam.
Szybko zrozumiałam, że moje wysiłki idą na marne. Przecież wyczuwał emocje.
- Także na ogień. Ale ma zupełnie inną podstawę energii. Lepiej współgra z białą energią Wyklętego. Podczas gdy Gwynnehart najlepiej reaguje na energię czarną. Eleares bardzo go pragnęła, ale udało jej się zdobyć tylko Kerrenhart.
- A dlaczego pokazujesz mi ten miecz? Nie mówiłeś, że mam posługiwać się pistoletem. Poza tym nawet nie wiem jaką mam energię, ani rodzaj magii.
Uśmiechnął się do mnie przyjaźnie.
- Już tak długo ględzisz mi o tym mieczu, że stwierdziłem, że będę dobry i się zlituję. Znaj moje serce. Gwynnehart sam pokaże jaki masz rodzaj magii i energii. Dziwi mnie, że wszyscy w tym zamku zastanawiają się co tam kryją twoje moce, a ci go do ręki nie dali. Cóż, za bardzo się bali, że ktoś zabierze im taki skarb. Ale co mi tam, ja się nie boję. – Już chciał mi podać do ręki miecz, kiedy szybko cofnął dłoń. – I jedna rada, zanim go dotkniesz upewnij się, że w pobliżu ciebie nie stoi ktoś, kogo masz za sojusznika. Inaczej istnieje szansa, że przebijesz go na wylot. Rękojeść w dół, dopiero wtedy możesz go dotknąć. – Znów cofnął się sekundę przed tym, jak miałam dotknąć pięknej broni. – A, i nie zdziw się jak go dobędziesz. Te miecze dopasowują się idealnie do swoich Wyklętych. Kiedy tylko go dotkniesz od stworzy ostrze i rozłoży jego ciężar tak, by było idealnie pod ciebie wywarzone.
Czułam dziwną radość i podniecenie, kiedy sięgałam po Gwynnehart. Jakby czekał na mnie od lat, od momentu mojego urodzenia. Miałam wrażenie, że jest tylko mój i żaden inny Wyklęty nie będzie pasował do niego tak, jak ja pasowałam. To trochę straszne, ale w chwili gdy na niego patrzyłam, gdy mogłam zacisnąć na nim palce, byłam w stanie zaakceptować fakt  mojego pochodzenia, nawet cieszyłam się z tego kim byłam.
Wreszcie chwyciłam rękojeść i aż zaczerpnęłam powietrze. Przez moje ciało przeszedł dreszcz, wszystkie moje nerwy zaczęły dziwnie reagować, przez żyły przepływała magia, jednak nie moja. Takiego dotyku jeszcze nie znałam. Było tak, jakby ktoś podpalał mnie od wewnątrz, ale to wcale nie bolało, co najwyżej było zaskakujące i trochę niekomfortowe. A moja siła, moje iskierki łączyły się z intruzami, albo raczej gośćmi, wiążąc się ze sobą i emanując cudowną energię. To właśnie te energie zaczęła płynąć i wrzeć we mnie, pobudzając zmysły.
Gdy otworzyłam oczy świat był o wiele wyraźniejszy. Widziałam podskok każdego z włosów Aidena osobno, gdy ten szedł w moim kierunku, zmartwiony. Po ułożeniu jego mięśni wiedziałam jak będzie szedł, jak długi zrobi krok, jak poruszy ręką – nim jeszcze on sam zdążył to zrobić.
- Nic ci nie jest? – zapytał, a moje uszy łapały nagle wszystko.
Udało mi się odnaleźć tyle emocji w jego głosie. Na skórze czułam powiew powietrza gdy mówił.
To ten miecz tak działał.
Miecz, którego Smoki tworzące rękojeść nagle tak zaczęły wyginać się pod moją dłonią, aż w końcu ich kręgosłupy ułożyły się tak, iż miałam wrażenie, że zostały dla mnie przystosowane. Trzymałam teraz coś tak wygodnego, że mogłabym zapomnieć iż w ręce trzymałam kryształ. Smoki zamrugały, tak, zamrugały. Zakryły czerwone ślepia niebieską powieką, a gdy z powrotem otworzyły oczy, ogień, który już wcześniej w nich szalał, teraz płonął jak nic nigdy, z taką pasją i siłą, jakby to podtrzymywało życia, jakby tylko to mogło ocalić światy. Kryształowe bestie otworzyły dotąd zamknięte paszcze i strzelił z nich płomień, rozchodząc się po podłodze w którą uderzył. Zionęły nim coraz mocniej i mocniej, sprawiając, że płomienie odbite od posadzki kierowały się z powrotem w górę, okrążając tworzące się ostrze i trafiając z powrotem do pyska stworów W ten sposób kręciło się pięć ognistych obręczy, wyglądających jak najdziwniejszy a zaraz najpiękniejszy na świecie kwiat.
Aż w końcu z oczu Smoków popłynęła czarna ciecz. Płakały smołą, która ciekła do ich pysków, rozwarstwiając się na cieńsze smugi. Wreszcie uderzyła w ogień i jakby ożyła. Każda ze smużek owinęła się wokół płomienistych okręgów, tworząc wokół nich serpentynę. Wirowały tak szybko, że wyglądały, jakby zespajały się z powietrzem. Nagle wypuściły z siebie macki, tkając wokół ognistych obręczy czarną, nieprzeniknioną pajęczynę.
A gdy ostatnia nitka połączyła się z cieczą obok…
Wszystko się ze sobą związało. Płomienie przestały buchać, teraz tkwiły uwięzione pod skorupą cieńszą od szkła i ostrzejszą od każdego znanego mi metalu. Wiły się w jej wnętrzu, tworząc ostrze. Całe to szkło pokrywała drobniutka, ledwo widoczna pajęczynka z czarnej smoły, stająca się coraz bardziej gęsta w stronę środka miecza – łączyła się tam z czarnym i jakby płynnym zbroczem, zapewne także tworzyła go ta ciecz.
- Gratulacje, właśnie połączyłaś się z Gwynnehartem – mówił to nieobecnym tonem, jakby sam nie mógł uwierzyć w to, co właśnie się rozegrało na jego oczach.
- Co to znaczy? – zapytałam oszołomiona, w uszach nadal mi huczało, a wyczulone zmysły nie pomagały.
Słysząc moje pytanie Aiden jakby otrzeźwiał.
- Nie powiem, dopóki nie będę pewny. – Podszedł do jednego z monitorów w ścianie i wyklinał na nim coś, pewnie zabójczą kombinację treningową. – Walcz!
W momencie gdy to wykrzyknął ze ścian wytoczyły się hologramy. Na oko dwadzieścia. Mieli różne bronie, od pistoletów, przez włócznie, aż po miecze i sztylety.
Powinnam się przerazić, taka byłaby naturalna ludzka reakcja. Ale ja miałam w ręce ten miecz, który napawał całe moje ciało niesamowitym ciepłem, delikatnymi wyładowaniami i taką chęcią do walki, jakiej nie miał żaden bóg wojny w starych mitach. Nawet się nie zastanawiałam.
Ruszyłam przed siebie, do dwóch blisko stojących mężczyzn. Wystrzelili w tym samym momencie. Dwie kule leciały na mnie, nie miałam prawa tego uniknąć. Wiedziałam to ja i wiedział to Gwynnehart. Zamiast tego coś podpowiedziało mi, żebym cięła w kule. Zrobiłam to, a one wybuchły tuż przed moją twarzą, nie robiąc mi krzywdy, tak przynajmniej twierdził komputer. Uśmiechnęłam się zwycięsko, w dwóch podskokach byłam przy nich. Poje ostrze jednym, płynnym atakiem rozpłatało ich na pół.
Gdyby nie miecz, który dzierżyłam, pewnie chwilę mojej nieuwagi wykorzystałby hologram, wbijając mi sztylet w plecy. Ale poczułam ruch powietrza, usłyszałam sztucznie generowany dźwięk przepływu krwi. Skierowałam sztych w dół i cięłam do góry przy obrocie. Hologram nie miał szans uskoczyć, więc rozsypał się w drobne pikselki.
Wiedziałam, że trzeba było najpierw skasować dziesięciu z bronią palną, a dopiero później zająć się po kolei: włóczniami, łucznikami i w końcu dzierżącymi broń białą. Unikałam każdego z pocisków, wiedziałam gdzie poleci. Widziałam ruchy ich ciał, drżenie mięśni, w końcu to drobne drgnięcie przed naciśnięciem spustu. Nie mogli mnie trafić. Trudniej było ze strzelającymi za mną, lecz i przed takimi kulami dawałam radę uskoczyć. Miałam wrażenie, że szum przecinanego powietrza usłyszałabym z odległości nawet kilku kilometrów. Nic więc dziwnego że po kilku minutach nie było już żadnego hologramu z pistoletem. Zdecydowałam się też, że dwóch łuczników zabiję najpierw. Turlając się uniknęłam gradu strzał, a następnie przy podskoku z ziemi rozpłatałam im gardła.
Jeden hologram ciskający włóczniami. Spojrzałam na Aidena porozumiewawczo. W pierwszej chwili posłał mi wzrok w stylu „jesteś chora”. Ale wiedziałam co robię. Widząc, że nie chciałam ustąpić wcisnął przycisk, włączający cielesność włóczni rzucanych przez generację komputerową. Ruszałam się tak, by wymusić na hologramie odpowiednie ustawienie włóczni. Najpierw się przeturlikałam, cisnął jedną nisko, później wstałam – druga poleciała wysoko. Uśmiechnęłam się, jakbym pokonała co najmniej całą armię. Odbiłam się od ziemi, potem od jednej lecącej włóczni, drugiej. Wyskoczyłam w ten sposób bardo wysoko i, kierując miecz w dół – opadłam, wbijając ostrze w czubek głowy hologramu. Rozprysł się z dziwnym stęknięciem. Mogłabym przysiąc, że to zabolało komputer. Punkt dla mnie.
Pozostało już tylko siedmiu walczących mieczami i sztyletami. I nie mieli zamiaru atakować po kolei. Rzucili się całą grupą na mnie. Ale Gwynnehart wiedział jak poprowadzić moje ciało, on już nie jedną wojnę widział, a pamięć jego wszystkich potyczek, każdego zetknięcia z inną bronią, teraz wpłynęła we mnie. Doświadczenie, to było to. Przekazał doświadczenie moich poprzedników. Wyjorzystywałam mało skoordynowane ruchy hologramów, odbijałam ich ataki, lub używałam ich tak, by przeszyli nie mnie, lecz swojego pikselowego kompana. Kilka razy skoczyłam na czyjeś ostrze, wytrącając mu je z ręki. Nawet w obrotach, którymi unikałam cięć, nie traciłam równowagi i koncentracji, cały świat był mój, cały świat mówił mi co się dzieje. To on należał do mnie, to ja naginałam jego zasady, nie on moje.
Nim zdążyłam zauważyć, nim na dobre rozgrzała we mnie chęć walki, wszyscy przeciwnicy leżeli, a Aiden spojrzał na mnie z podziwem.
- Gratuluję Caroline. Twoją magią jest ogień. Twą energią cień.
Wiedziałam, że mnie sprawdzał, to miało więcej znaczenia. Jego słowa, jakby pieczęć.
- Więc ja będę miecza, a miecz mną. Jego ostrze moją ręką, moja ręka jego myślą. Endetatumdicomore Gwynnehart.
Nie miałam pojęcia skąd to znałam. To ogień w moim ciele to podpowiedział, ogień, który teraz delikatnie, wręcz z pieszczotą, muskał moje nerwy, zdejmując ze mnie całą żądzę walki. Pozostawił spokój i dumę.
Aiden nie zrobił tego, czego się spodziewałam. Nie chciał zabrać mi miecza. Zamiast tego wyciągnął zza pleców pochwę na niego. Także z kryształu, tym razem białego, mlecznego, lecz równie mocno błyszczącego co rękojeść. Gdy tylko przypięłam ją do pasa i schowałam broń, powstały na niej wzory. Czerń utkała dziwne słowa, wyglądające tak pięknie i mrocznie, że tylko istnienia nieskończone byłyby w stanie je pojąć. Mimo to jedno rozumiałam. Jedno słowo zapisane tymi zawijasami, tuż pod miejscem, gdzie rękojeść stykała się z pochwą – Endetatumdicomore.
Mój był Gwynnehart, a ja jego.

I nie miałam zamiaru go oddać.

niedziela, 27 marca 2016

Sezon III Rozdział XVI Abdykacja

Nie potrafiłam rozmawiać z Loganem, nie po tym, co stało się w moim śnie. Choć chyba powinnam to nazwać wizją. Nie mogłam rozmawiać z kimś, na kim tak bardzo mi zależało, wiedząc, że zaraz mogłam go skrzywdzić. Wyjście z tego pokoju bez słowa pożegnania czy wyjaśnienia nie było fair wobec niego, ale jednocześnie wydawało mi się to najbezpieczniejszą opcją. Wyjść, prosząc by wraz ze Scottem odszedł. Wiedziałam, że i tak nie znikliby szybko, próbowaliby do mnie dotrzeć i musiałam być na to gotowa. Ale lepiej dla wszystkich by było, gdyby wyparowali z mojego życia.
Wtedy nawet widziałam pozytywy, że Aaliyah nie było już przy mnie. Nie musiała patrzeć jak się zmieniałam.
Nie chciałam odrzucać swojego dotychczasowego życia, gdybym miała wybór, pewnie nadal trzymałabym się właśnie jego kurczowo. Niestety, decyzja została podjęta z góry, dawno temu, przez moje geny. Wyklęta była we mnie i rosła w siłę, zmieniała mnie, przejmowała moje ciało i moce. Nie miałam na to  wpływu. Coraz częściej czułam, jakbym stawała się bierną obserwatorką.
Bo to nie ja używałam magii. Ja jedynie traciłam nerwy, a gdy ktoś zaszedł o jeden kroczek za daleko, to Wyklęta wkraczała, to ona broniła mnie. Na razie musiała to robić. Była zbyt słaba by zrezygnować ze swojej pasożytniczej roli. Akceptowała mnie, chroniła moje ciało i czekała, czekała aż urosłabym w siłę.
- Muszę jej to odebrać… - Szepnęłam sama do siebie, przechodząc kolejnym, ciemnym korytarzem.
Tak, to wydawała się jedyna rozsądna opcja, odebrać jej moje ciało, możliwość zapanowania nad nim. Jednak do tego musiałabym popełnić samobójstwo, a zamek umiejscowiony tak wysoko w górach dawał duże możliwości. Wyskoczyć przez okno jednej z wież i toczyć się po kolejnych skałach, spadać z kolejnych metrów. Moje ciało byłoby tak poturbowane, że Wyklęta we mnie nawet jakby chciała, nie mogłaby nic z tego odzyskać.
Nie mogłam zrobić tego w tamtej chwili, wiedziałam, że wszyscy wokół mnie pilnowali i gdybym tylko podjęła się takiej próby, powstrzymaliby mnie. Musiałam jeszcze chwilę poczekać, to z kolei niosło duże ryzyko, lecz nie pozostało żadne inne wyjście.
Byłam za słaba by mierzyć się z Wyklętą, ciągle rosnącą w siłę.
Za słaba.
Pogodziłam się z tym.
A mimo to wciąż coś ciągnęło mnie do walki, wciąż jakaś mała cząsteczka mnie nie pozwalała mi się poddać. Zacisnęłam ręce w pięści, zacisnęłam szczękę i zmarszczyłam brwi, sama nie wiedziałam kiedy to zrobiłam, zdałam sobie sprawę z tego dopiero, gdy wściekła stanęłam przed drzwiami sali treningowej.
Były otwarte, a ja spokojnie mogłam korzystać z każdego umieszczonego tam sprzętu. Mój wzrok od razu spoczął na strzelnicy. Właśnie tego potrzebowałam. Musiałam się wyżyć, zostawić gdzieś wszystkie bóle i smutki. Wyobrazić sobie Wyklętą, zamiast kolorowych okręgów.
Nie zastanowiłam się ani przez chwilę, czy ktoś był w tym miejscu treningowym. Wystarczył mi tylko fakt, iż szafki z bronią, znajdujące się w ścianie, były otwarte, a całe pomieszczenie nie aż tak źle oświetlone. Owszem, panował półmrok, ale bez problemu mogłam strzelić. Pewna siebie wkroczyłam do środka, łapiąc pierwszą lepszą broń.
Dużą broń.
To wyglądało bardziej na olbrzymią wyrzutnię rakiet, niż jakichkolwiek ze znanych mi strzelb, rewolwerów czy pistoletów, jednak ładowało się nią nabojami, dużymi bo dużymi, ale jednak nabojami. Przez chwilę nawet uśmiech przemknął po mojej twarzy, na myśl zestrzelenia tym Wyklętych, musiało mieć niesamowitą siłę.
- Weź mniejszą broń. – Na brzmienie tego głosu wręcz podskoczyłam, szukając jego właściciela. – Może i jest duża, ale w życiu z takiej ciężkiej nie trafisz do celu.
- Pokaż się. – Starałam się przybrać jak najgroźniejszy głos, jednak ciężko było to zrobić, będąc zaskoczoną i wystraszoną.
Mimo to nieznajomy posłuchał i już po chwili wyłonił się z cienia, okrywającego jeden róg sali. Uniósł ręce do góry i uśmiechnął się do mnie przyjaźnie. Miał na oko dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat. Był wysoki i dobrze zbudowany, jednak temu akurat trudno się było dziwić, biorąc pod uwagę gdzie żyli i w jaki sposób. Brązowe, trochę przydługie włosy zaczesał do tyłu, a tego samego koloru zarost miał krótko przycięty. Jednak największą uwagę przykuwały jego głębokie, piwne oczy. Było w nich coś magicznego, przez chwilę wydawało mi się nawet, że lśniły.
- To co zamierzasz? – Zapytał rozbawiony i uśmiechnął się, wzruszając ramionami. –Nie każdy lubi być na muszce.
- Dlaczego trenujesz o tej godzinie? – Jednak widząc jego minę, odpuściłam sobie i odłożyłam broń. – Ani jednego komentarza? – Zabrzmiałam bardziej niemiło niż chciałam.
- Niezbyt rozumiem. – Rzucił po chwili, wyjmując dwa pistolety z jednej z gablotek.
- Będąc tutaj łatwo się nauczyć wychwytywać wzrok pod tytułem „a więc to ta Wyklęty”. Ty taki właśnie miałeś gdy wyszedłeś z rogu. – Uśmiechnęłam się jednym kącikiem ust i uniosłam brwi. – Dwie?
- Jedna dla ciebie. – Rzucił mi broń, złapałam ją jedną dłonią. – Słuchaj, nie każdy musi od razu komentować twoje pochodzenie.
- Ale i tak większość to robi, pokazując jak bardzo nie powinno mnie tu być. Uwielbiają mi to uświadamiać. Śmiało, wyrzuć to z siebie. – Rozłożyłam ręce i, cofając się o kilka kroków, zrobiłam teatralny ukłon.
- Ej, skoro nie wszyscy Magiczni muszą nienawidzić Wyklętych. To chyba nie wszyscy Wyklęci muszę od razu chcieć mordować. – Uśmiechnął się serdecznie.
- Warto ryzykować takie stwierdzenie, stojąc zaledwie kilka metrów od Wyklętej? – Przybieranie groźnej postawy jak widać nie było moją mocną stroną. Mężczyzna, gdy tylko zobaczył moje aktorskie popisy prychnął rozbawiony.
- Biorąc pod uwagę, że nie strzeliłaś do mnie z tamtej gigantycznej broni, myślę, że warto. No proszę cię, nawet gdybyś nią nie trafiła, nie wiem, w środek głowy, to pocisk jest na tyle duży, że nawet jakby mnie „delikatnie” drasnął, to odrąbałabyś mi kawałek ciała. Wtedy się nie bałem, teraz mam się bać?
Nie wiedziałam o co mu chodziło. Nie miał zamiaru na mnie krzyczeć, oskarżać o coś, czego nie zrobiłam, nie chciał też dopiec. Był po prostu przyjaźnie nastawiony i chętny do rozmowy, bez względu na moje geny. Choć jeszcze nie ufałam mu w pełni, lecz chyba nikt nie ufałby aż tak otwartemu człowiekowi, miło było z nim wymienić parę zdań, nie chciałam tego przerywać. Czułam, że potrzebowałam właśnie takiej pogawędki, luźnej, zabawnej. Nawet jeżeli z nieznajomym.
- Może po prostu nie lubię strzelać? – Na te słowa kilka razy podrzuciłam pistolet, był bardzo lekki i wygodny w trzymaniu. – Wolę miecz.
Mężczyzna tylko spojrzał na mnie z politowaniem, a ja w zamian posłałam mu pytający wzrok.
- Gdybyś umiała strzelać, nigdy byś tego nie powiedziałam.
- Twierdzisz, że nie umiem strzelać? – Założyłam ręce na biodra.
- Dokładnie.
Nim nawet zdążył mrugnąć ja już odwróciłam się w stronę strzelnicy. Byliśmy od niej bardzo oddaleni, ale to mi nie przeszkadzało, wiele nauczyłam się w tym świecie, pod wodzą Strażników. Wystarczył mi ułamek sekundy od momentu obrotu, by wycelować i strzelić, przebijając malutki, środkowy punkt.
Znów spojrzałam na nieznajomego, by uśmiechnąć się triumfalnie.
- No i co ty na to? – Zapytałam rozbawiona i pewna siebie.
W odpowiedzi sam skierował pistolet w stronę celu. Nie musiałam mu niczego dwa razy powtarzać, z błyskiem w oczach wystrzelił pocisk, powiększając dziurę, którą stworzył mój nabój.
- Stoję trzy metry dalej, wygrałem. – Ponownie wzruszył ramionami.
- Jeszcze zobaczymy.
Szybkim krokiem podeszłam do niego, chcąc kontynuować naszą małą rywalizację. Lecz gdy tylko byłam gotowa wejść na jego miejsce, ten chwycił mój pistolet i jednym, szybkim ruchem wyrwał mi go z dłoni.
- Ej! – Krzyknęłam śmiejąc się.
- Co? Czyżbym słyszał, że się poddałaś? No to dziękuję, jestem najlepszy!
- Jeszcze zobaczymy!
Chciałam skoczyć, by odebrać moją broń, ale on się odwrócił i schował pistolety do gablotki, która, gdy tylko mężczyzna wyjął rękę, zatrzasnęła się błyskawicznie. Znów nie rozumiałam o co mu chodziło i wyraźnie mu to pokazałam.
- Lepiej idź spać, jutro na pewno ktoś postanowi wyciągnąć cię na trening.
- Dopiero mnie poznałeś i już martwić się o moje samopoczucie? – Uśmiechnęłam się zadziornie, na co on tylko rozbawiony pokręcił głową.
- Nie, po prostu wiem jak to jest. Warto odpocząć.
Miałam zamiar się pożegnać i wyjść, gdyby nie fakt, że przypomniałam sobie o Loganie. Nie miałam pewności czy nadal był w moim pokoju, ale wolałam nie ryzykować spotkania z nim. Ani ze Scottem, przecież mógł mu powiedzieć „dla mojego dobra”.
Popatrzyłam na nieznajomego bezradnie.
- Dzisiaj nie za bardzo mam gdzie spać…
Przez chwilę się wahał, lecz widząc moją minę, chyba zrozumiał o co mi chodziło, albo przynajmniej bardzo opacznie to odebrał. Opacznie, ale jednak skutecznie i tylko to się liczyło.
- Mamy tutaj tropikalny ogród, jest szklanej kopule, niedaleko. Są tam rozwieszone wygodne hamaki. Jak chcesz mogę cię tam zaprowadzić.
- Chętnie!
Nie szliśmy długo, zaledwie kilka korytarzy. Mimo to żadnej sekundy nie spędziliśmy w ciszy. Mało się znaliśmy, więc dogryzaliśmy sobie co chwila pół żartem, pół serio, robiąc przy tym najróżniejsze dziwne jak i zabawne miny, które były lepszym komentarzem na nasze teksty, od jakichkolwiek słów. W końcu jednak zatrzymał się przez olbrzymią, szklaną kopułą, mieszczącą się w środku pałacu.
- To tutaj. – Uśmiechnął się. – No to dobranoc.
- Dobranoc. – Odpowiedziałam i chciałam wejść do środka, jednak nieznajomy mnie zatrzymał.
- Gdzie moje maniery. Mam na imię Aiden. – Wyciągnął w moją stronę dłoń.
- Caroline, dla przyjaciół Caro.
Po wymienieniu uścisku skierowaliśmy się w swoje strony. Jednak gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi od szklarni, jeszcze przez chwilę przyglądałam się odchodzącemu mężczyźnie. Był zbyt podejrzany. Gdy dotknął mojej dłoni, poczułam jakby mrowienie, ono przeszło z jego ręki to mojej, jakby muśnięcie magii. Wtedy jednak to zignorowałam, byłam zbyt zmęczona i mogłam jedynie iść za znakami w stronę tych obiecanych, wygodnych hamaków.
*~*~*
Spanie wśród drzew sprawiło, że byłam o wiele spokojniejsza. Zasnęłam szybciej niż zwykle, z uśmiechem na twarzy, tym razem nie dręczyły mnie wizje. Może było to spowodowane bliższą obecnością natury, w końcu to od niej zależą moce Wyklętych. Albo byłam już tak zmęczona, że nic nie mogło sprawić, by reszta nocy, która mi została, zmieniła się w kolejny koszmar. To jednak nie było istotne, najważniejsze, że w końcu bez strachu mogłam zamknąć oczy i odpłynąć w najdalsze krainy.
Przynajmniej dopóki ktoś nie podjął próby budzenia mnie.
- Ej, nowa! – Ten głos od kilku minut nie dawał mi spokoju, przebijając się do mojego snu, jednak tym razem wyrwał mnie z niego całkowicie. – Nowa, pobudka!
- Czego? – Burknęłam i chciałam łypnąć na nią spode łba, jednak gdy tylko otworzyłam oczy, wszystko przestało się liczyć.
W nocy byłam zbyt zmęczona, by przyglądać się temu ogrodowi, jednak gdy wstałam… Jego ogrom i piękno mnie przyćmiło. Ogromna szklarnia sięgała kilku metrów wysokości, a sam jej czubek wystawał przez dach, dzięki czemu światło słoneczne wpadało do środka. Palmy porastały całe to miejsce, nie były one jednak zwyczajne, jedne miały soczyście zielone liście, całe pokryte żółtymi i czerwonymi prążkami. Innych korony natomiast były koloru turkusowego i błękitnego, zdobione  fioletowe i amarantowe paseczki. A ich piękne wzorki, na których widok dziw brał, iż stworzyła je natura, błyszczały się swoimi własnymi kolorami, łącząc się ze światłem słonecznym i tworząc z nim prawdziwą mozaikę barw i kształtów, jakby ich magiczne piętno chciało na zawsze zawisnąć w powietrzu. Każde z drzew pokrywały długie liany, całe obrastające kwiatami, białymi, o żółtym środku i różowych zakończeniach płatków. One się ruszały, składały i rozkładały, jakby łapiąc powietrze i wirowały, gdy tylko jakiś zagubiony promyk lub mocniejszy podmuch powietrza je dotknął. Oprócz tych cudnych lian, z koron zupełnie innych drzew, rozłożystych, o grubych pniach i listkach migoczących kolorami, które co chwila w siebie przechodziły, najpierw miętowy, poprzez wszystkie odcienie niebieskiego, aż do fioletu i z powrotem, sprawiając, że czułam się zarówno oczarowana jak i oszołomiona. Przez ich pnie przepływało coś lśniącego, między rzeźbieniami czasu na ich korze, złoto srebrny płyn, błyszczący, z którego co chwilę wylatywały pojedyncze kropelki. A te z kolei dryfowały w powietrzu, jakby grawitacja się dla nich nie liczyła. To właśnie z najwyższych gałęzi tych drzew spływały kaskadami roślinne nici, różowe, żółte i białe, także błyszczące, także wychwytujące mocniejsze podmuchy wiatru, na których dryfowały, poruszając się niczym węże. Krzaki najróżniejszych barw, kolorów i owoców były gęsto usiane, a z ich liści i kwiatów ciągle odlatywały motyle. Ogromne, jeden mógłby zakryć całe moje plecy swoimi skrzydłami, ich liliowo czarne skrzydełka odbijały światło słoneczne przy każdym kolejnym ich rozłożeniu, a gdy to robiły, właśnie w odblasku było widać złoty pyłek, unoszące się z nich, niczym  zwolnionym tempie, gdy reszta świata działała dalej w swoim obiegu. Niedaleko przepływała sztucznie zrobiona rzeka, kremowy piasek, którym nią wysypali, był pokryty najróżniejszymi wzorami, wyrytymi przez małe, barwne raczki, oraz równie kolorowymi roślinkami, porastającymi dno. Całą szklarnię pokrywała trawa, świecący, niebiesko amarantowy mech oraz kamyczki. Ale nie czułam ich pod stopami, były mięciutkie, jakby zrobione z puchu. Kwiatów, zdobiących całe to miejsce i ich kolorów nawet nie umiałam zliczyć, każdy inny, o innym kształcie i zdobieniu, żyjący własnym życiem.
- Nieźle co? – Z zamyśleń wyrwał mnie ten sam głos, który odebrał mi sen.
- Tak. – Westchnęłam, nadal rozglądając się, łapczywie pochłaniając każdy kolejny obraz natury.
- Gdybyś widziała oryginał. Żyłam w takim miejscu, ale w naturze. Nawet nie wiesz jak marnie wygląda to wszystko, na tle zwierząt zamieszkujących takie lasy. – Na te słowa spojrzałam na nią zaskoczona.
To była dziewczyna, na oko w moim wieku. Także musiała tutaj spać, choć teraz tylko rozłożyła się na hamaku i zjadała jeden z owoców, którymi obrodził ten las. Miała falowane blond włosy, sięgające jej do ramion i zadziorny, choć przyjacielski wyraz twarzy. Nosiła na sobie białą suknię, wyszywaną w najróżniejsze kwieciste motywy niebieską i amarantową nicią.
- Nie jesteś stąd?
- Proszę cię. Myślisz, że oni z własnej woli przeznaczyliby kawał swojego zamku na las? Ci Magiczni w ogóle nie rozumieją, że ich siła pochodzi właśnie z natury. Odbierają swoją magię, nie rozumiejąc jej idei. – Uśmiechnęła się kpiąco, jednak wiedziałam, że nie kierowała tego do mnie. – Zresztą nie ważne, po co się denerwować na pierwszym spotkaniu. Jestem Less. I tak, nie jestem stąd. Pochodzę z bardzo odległej krainy, w której byłam księżniczką. Moi rodzice umieścili mnie tu ze względu na układ z tymi Magicznymi. Wiesz, jest rozejm, to trzeba czymś go przypieczętować.
- Przykro mi.
- Nie ma czego. Jestem tu traktowana najlepiej jak potrafią, w końcu moje życie jest częścią rozejmu. Gdyby coś mi się stało, obie strony by ucierpiały. No i dwa razy do roku odwiedzam rodzinne strony. A to taki prezent od Arkhana. Kawałek domu, choć w niczym nie dorównuje tamtym lasom, i tak miło ze strony króla.
Chciałam dalej z nią porozmawiać, lecz wtedy rozległ się dźwięk, inni niż wzywający na sen.
- No i są tu te cholerstwa. To znak, że trzeba wstawać, choć ja wolę się budzić wraz ze słońcem. Lepiej idź do siebie. – Pomachała mi na pożegnanie.
*~*~*
Gdy wróciłam do pokoju dziękowałam wszystkim siłą, że nikogo w nim nie było. Jedynie pozostawione śniadanie i czarny, czysty strój świadczył o tym, że ktoś wchodził. Nie czekałam, wiedziałam, że zaraz znów zostałabym wezwana na trening przez nieufną straż. Szybko zjadłam naszykowany dla mnie jogurt z pięknie pachnącymi owocami i płatkami, bo czym poszłam się myć i przebrać. Nie trwało to długo, wszystko trzeba było robić jak najszybciej. Jak widać wyrobiłam się, bo w momencie, gdy wychodziłam z łazienki, do pokoju weszli dwaj gwardziści. Tak jak myślałam, chcieli poinformować mnie o treningu.
Na salę szłam w wyjątkowo dobrym nastroju. Spędzenie nocy w takim lesie dodało mi energii i sił, napawało optymizmem i choć na chwilę odebrało mroczne wizje, zastępując je cudnymi zapachami kwiatów.
Gdy ogromne wrota otworzyły się przede mną, wpuszczając mnie na salę ćwiczeń, sama nie mogłam uwierzyć własnym oczom.
- Aiden? – Zapytałam zaskoczona, patrząc na znajomego w czarnym stroju, takim samym jak mój.
- Zdziwiona? – Uśmiechnął się.
- Trudno nie być… Nie ma Nyscil, ani Phoenyx… Ty mnie dzisiaj uczysz?
- Na to wychodzi. W końcu ktoś musi nauczyć cię strzelać.
Zaśmiał się na co ja tylko prychnęłam. Pierwszy raz czułam się swobodnie z osobą, mającą mnie szkolić. Nie bałam się go, chociaż szanowałam. Pierwszy raz miałam wrażenie, że to naprawdę mogło się udać.
Jednak jedna rzecz mnie niepokoiła. I dzisiaj, gdy tylko na przywitanie podaliśmy sobie ręce, znów poczułam to dziwne mrowienie. Magię przebijającą się przez moją skórę.
- Wybacz że zapytam, ale… Co z tobą jest? – Słysząc te słowa tylko uniósł brwi. – Wczoraj tak po prostu ze mną rozmawiałeś, rozbawiałeś… No i czemu byłeś na tej sali w nocy?
Chwilę zwlekał z odpowiedzią, jednak po dłuższym zastanowieniu zdecydował się odpowiedzieć na moje pytanie.
- Niektórzy Magiczni potrafią władać nad siłami przyrody, inni wytwarzają plazmę, jeszcze inni zaklinają słowa. Długo by wymieniać. A ja? Jestem Yrhnen. – Widząc, że ta nazwa nic mi nie mówiła, kontynuował. – Prościej mówiąc Zaklinaczem Umysłu. Wyczuwam silne emocje innych ludzi, uderzają we mnie. A biorąc pod uwagę, dlaczego niektórzy przychodzą sobie postrzelać, lub jak nowi reagują na to miejsce… ciężko jest się skupić na treningu gdy kilkanaście osób atakuje cię swoimi uczuciami. Wczoraj to ty się tutaj zjawiłaś zupełnie bez zapowiedzi, a twoje emocje były silniejsze od tych należących do całego oddziału wściekłych żołnierzy. Stwierdziłem, że warto by to było skorygować.
- Grzebałeś mi w umyśle? – Zarzuciłam mu zbyt pretensjonalnym tonem.
- Nie, sama mi to podsunęłaś. Tak to już działa, nie mogę wyłączać i włączać mojej mocy. Ona po prostu jest. Ale gdybym chciał, łatwo włamałbym się do niektórych partii twoich myśli. – Staliśmy tak chwilę w milczeniu, które gryzło nas, ale żadne nie potrafiło go przerwać. W końcu Aiden uśmiechnął się, podchodząc do jednej z gablot. – I jak, pod wrażeniem umiejętności nauczyciela.
- Jaaasne. – Zażartowałam. – Wczoraj widziałam króla, który bez najmniejszego wysiłku odparł najsilniejszy atak Platynki. To robi wrażenie.
- Ach tak, Arkhan. Wiesz, to ciekawa z niego kreatura. Takich jak on jest niewielu, nawet w najbardziej szlachetnych i czystych rodach magicznych, czy tych królewskich. No i takich jak on się zazwyczaj zabija, nikt nie chce ryzykować, że taka potęga przejdzie na złą stronę. Jednak jego rodzice, para królewska, podjęło to wyzwanie, nie dała nikomu nawet dowiedzieć się o mocach i syna, dopóki ten nie został królem. Arkhana nie może dotknąć magia. Cokolwiek z nią związanego po prostu się odbije na jego rozkaz. – Na chwilę zamilkł, po czym spojrzał na mnie rozbawiony. – Ale wiesz, możesz być pod większym wrażeniem mnie, mógłbym się nawet włamać do umysłu Arkhana. Ale o tym na lekcjach z teorii magii. A teraz czas na praktykę w walce. Gotowa?
- Jak nigdy!

W sumie nic specjalnego w tym rozdziale nie było, ot, kawałek z życia Caro i zamku. Nic się nie działo, ale mam nadzieję, ze i tak przypadnie Wam do gustu.

SMACZNEGO JAJKA!

WAŻNE OGŁOSZENIA, PROSZĘ ZAJRZYJCIE!
A więc już zbliżamy się do końca trzeciego sezonu. Wiecie, jeden sezon = 20 rozdziałów. A po tym jak skończę sezon pewnie am sobie tydzień lub dwa przerwy. Więc zaczniemy odliczanie.
A co ma być w czasie tego odliczania?
No właśnie...
Na pewno pojawi się trailer nowego sezonu, na który mam pomysł, więc trzymajmy kciuki, żebym spełniła go tak, jak chcę.
No i teraz propozycje, które możecie przyjąć lub porzucić. 
A więc teasery. Króciutkie materiały w postaci jakiś obrazków czy 20 sekundowych filmików, promujących nowy sezon i pojawiających się co kilka dni. Chcecie?
Drugi pomysł wyszedł spod zdolnej rączki Ravenny, czyli krótkie dzienniki z życia Aaliyah, której już z nami nie ma, ale jeżeli lubiliście tę postać, mogę takie krótkie dzienniki/pamiętniki napisać. A moze chcielibyście też w wydaniu innej postaci?

A dalej? Tutaj do Was prośba, chcielibyście coś jeszcze widzieć? Jeżeli macie pomysł, piszcie.



Jeżeli dotarłeś aż tutaj napisz w komentarzu "tylko nie minionek!"